Category

Polska-RPA

Z Addis Ababy do Doliny Omo

By | Etiopia | 6 komentarzy

Addis Ababa jest drugą najwyżej położoną stolicą świata (ok. 2400m n.p.m.). Samochody dymią tu jak mało gdzie na świecie topiąc miasto w mrocznym smogu, piesi też nie mają łatwo bo ulice wiją się po stromiznach wzgórz.

Mimo, że etiopski socjalizm odszedł już jakiś czas temu do historii, miasto wciąż pozostaje żywym skansenem architektury charakterystycznej dla wszystkich socjalistycznych stolic świata.

Jak w wielu miastach Etiopii, w Addis mamy do czynienia z budowlanym boomem. To Chińczycy budują obecnie ten kraj, zarówno wieżowce jak i drogi.

Symbol Etiopii: Lew Judy.

W trakcie podróży stajemy się szczególnie wrażliwi na niedolę ludzką spowodowaną zepsutymi silnikami 🙂

Dworzec końcowy kolonialnej kolei łączącej nieposiadającą dostępu do morza Etiopię z portem w Dżibuti.

Addis Ababa pełna jest małych i brzydkich centrów handlowych aspirujących do miana symboli buzującego kapitalizmu. Wyglądają jak prowincjonalne domy towarowe w małych polskich miastach. Trzeba jednak przyznać, że kawiarenki w Etiopii bywają całkiem na poziomie.

Wystarczy oddalić się 20km od miasta by zobaczyć kobiety noszące opał do wsi. Rzecz ma miejsce na ulicy pochylonej pod kątem 20stopni na wysokości 3.5 tys metrów.

Po opuszczeniu miasta łagodnie zjeżdżamy z Wyżyny Abisyńskiej do Doliny Ryftowej usianej wieloma jeziorami.

Asfalt się kończy. Wiemy, że następny zobaczymy za jakieś 1500 km, daleko w Kenii.

Południowa Dolina Omo to terytorium należące do kilku plemion. My przecinamy obszary zamieszkałe przez plemię Hamerów.

Niektórzy mają szczęście. Woda jest blisko wsi.

Większość rzek jest jednak okresowa i woda znika szybko po ustaniu opadów. Trzeba kopać by mieć co pić. W całej Etiopii do noszenia wody używa się żółtych kanistrów po oleju jadalnym (zgodnie z powszechnie stosowaną, choć może nie tak natchnioną, jak w Europie, ideą recyclingu).

Szczęśliwi, którym dana możliwość zrobienia prania.

Hamerowie.

Droga jest ok. Na szczęście nie pada.

Każdy przystanek owocuje zbiegowiskiem. Miejscowi wyłaniają się z pozornie pustego buszu, podchodzą, stają i patrzą milcząc. Może to trwać w nieskończoność.

To nie instalacja NASA. Domy Hamerów wykonane są z wszystkiego, z czego się tylko da. Podstawą są blacha i gałęzie.

Miks stroju plemiennego z piłkarskim bezrękawnikiem. Piłka to w Afryce religia.

Długo wyczekiwany most przez rzekę Omo kiedyś zmieni oblicze tej ziemi. Chwilowo rzeka jest nieprzekraczalna dla pojazdów. Dlatego musimy jechać offroadową wschodnią stroną jeziora Turkana.

Lusterka są obiektem zdecydowanie nie z tego świata, przykuwają uwagę dzieci na długo.

Awash

By | Etiopia | 15 komentarzy

Dziś mały reportaż z weekendowej wycieczki do Parku Narodowego Awash 🙂Droga z Addis Ababy do rezerwatu prowadzi przez wulkaniczne tereny doliny ryftowej.

Część trasy prowadzi przez… jezioro 🙂

Nasza pierwsza antylopa 😉

Termitiera.

Rano budzą nas hałasy. Małpy poszukują przysmaków w naszych śmieciach. Wylizują nawet puszkę po szpinaku, ale najbardziej cieszą je skórki z bananów 🙂

Głodomory nie znają strachu. W poszukiwaniu jedzenia wspinają się na auto i chętnie wskoczyłyby do środka.

Nasz pierwszy krokodyl… w rzece, nad którą spaliśmy 🙂

Wodospad Awash.

Czyjeś gniazdko…

Nie, żebyśmy byli zapalonymi ornitologami, ale…

Na kempingu odwiedzają nas też disneyowscy goście – guźce 😉

kościoły lalibela

Lalibela

By | Etiopia | 4 komentarze

Lalibela byłaby niewielką wioską, w której dopiero co wprowadza się program budowy sanitariatów, gdyby nie…

… słynne kościoły wykute w skałach. Wykute od poziomu gruntu w dół, czyli zrobione z jednego kawałka skały. 800 lat temu! Stety/niestety, część z nich przykryta jest dachami zafundowanymi dla ochrony przez Unię Europejską. Niemniej jednak, to najważniejszy zabytek Etiopii i punkt obowiązkowy podczas zwiedzania kraju.

Księża chętnie błogosławią i pozują do zdjęć. Wystarczy 1 birr.

Najbardziej fotogeniczny ze skalnych kościołów: Bet Giyorgis. Z poziomu gruntu widać tylko dach.

Kościoły są połączone labiryntem skalnych korytarzy.

Bębny obrzędowe.

Pielgrzymka 🙂 Łatwo poznać: w Etiopii ludzie udający się do kościoła okrywają się białą chustą.

Kościoły są w stałym użyciu. Niestety nieprawowierni, nie mogą uczestniczyć w mszach. Robimy przerwę na etiopską specjalność: soki owocowe tak gęste, że trzeba je jeść łyżeczką 🙂 Ten po lewej to miks banana, papai i awokado, po lewej cud sztuki sokowirowniczej – słodkie awokado z limonką.

Ruszamy w drogę do Addis Ababy. Główne drogi są dosyć dobre, świeża chińska robota. Drobnym utrudnieniem są stada bydła, które non stop spotykamy wzdłuż drogi – a właściwie na drodze 😉

Dla większości Etiopczyków kanalizacja to abstrakcja. Wodę nosi się z rzeki. Szczęśliwy kto ma osła. Reszta nosi na własnym grzbiecie. Najczęściej dzieciaki, które w tym czasie powinny siedzieć w szkole.

Część drogi wiedzie tak wysoko (ponad 3500 m n.p.m), że jedziemy w chmurach 🙂

Gonder i okolice jeziora Tana

By | Etiopia | 14 komentarzy

Granica Sudanu i Etiopii to przeskok do innego świata. Sudan to pustynia. Etiopia to spektakularne góry. Sudan to upał. Etiopia zaskakuje nas niskim temperaturami. W końcu mówimy o wysokościach od 2 tys. metrów wzwyż.

Sudan to przestrzeń. Etiopia to tłum. Natychmiastowy, tuż za granicą. Wzdłuż każdej drogi.

Mieszkańcy mijanych wiosek witają nas serdecznie, za to dzieci reagują autentyczną histerią. Potrafią przebiec ekspresowo pół pola, by podbiec do samochodu i machając ręką wykrzyczeć „Hello”, „You! You! You!” ale niestety często również „Money! Money! Money!”.

Część dróg to asfalt, część szutr, miejscami tarka. Mijane pojazdy wzbudzają tumany kurzu. Po kilku dniach takiej jazdy nasze auto wewnątrz ma pył w każdym zakamarku.

Także z uwagi na górskie serpentyny jeździ się ciężko.

Na początek zajeżdżamy nad jezioro Tana. To obszar, w którym zaczyna się malaria. My zaczynamy zażywać antymalaryki. Poza tym jest pięknie.

Nie ma obijania jeśli chodzi o mycie zębów. Nawet ci, których nie stać na plastikową szczotę, szorują świeżo ociosanym patykiem. Do kupienia na ulicy za 1 birra (ale dla nas cena była pewnie zawyżona).

Są też przyjemności. Po Sudanie, gdzie właściwie nie można było dostać alkoholu, na widok piwa cieszymy się podwójnie.

Próbą jest dla nas pierwszy, tradycyjny etiopski posiłek. Indżera, naleśnik ze sfermentownej mąki nie cieszy się sławą wyjątkowego przysmaku. Szczególnie, że wygląda jak brudna ściera. Jednak w towarzystwie pikantnego sosu i pikli daje radę 😉

Kawa w Etiopii do osobna historia. Etiopczycy są przekonani, że stąd własnie pochodzi. Urządzają ceremonie palenia, mielenia i parzenia kawy, i podają ją na wiele sposobów.

Czas w Etiopii płynie inaczej. Zarówno w metaforycznym, jak i bardzo dosłownym sensie. Tu doba zaczyna się wraz ze wschodem słońca, czyli o 6. Całkiem logiczne, prawda? Dla przykładu: nasza 10 to tutaj 16. Etiopia liczy też lata według kalendarza gregoriańskiego. Dlatego mają tu rok 2004. Rozumiecie więc teraz historię z etiopskim nowym rokiem, 12 września – dokładnie wtedy, kiedy chcieliśmy zdobyć wizę w ambasadzie w Berlinie 😉

Etiopia to kraj wyznawców kościoła ortodoksyjnego. Są też oczywiście muzułmanie i animiści, ale to chrześcijanie są najbardziej widoczni. Odwiedzamy ich kościoły i sprawdzamy, jak wyglądają cmentarze:

W naszym hotelu trafiamy na młodą parę, szykującą się do ceremonii zaręczynowej. Strzelamy pamiątkowe monidło 🙂

Nie, to nie Szkocja… Głównym zabytkiem Gonderu jest XVIII wiecznyt zamek 🙂

Sam Gonder nie jest może pięknym, ale za to przytulnym i zrelaksowanym miastem, gdzie ludzie przesiadują w kawiarniach i barach.

Niedaleko miasta jest punkt widokowy na góry Simen. Już wiemy, że nigdzie nie damy rady iść sami – gdy tylko wysiadamy z auta otacza nas chmara dzieciaków, które nie odstępują nas na krok przez cały spacer. Prowadzą nas sobie znanymi ścieszkami i z dumą pokazują żyjące w okolicy małpy.

Jedziemy dalej, kolejne twarze, kolejne pozdrowienia, kolejne widoki….

Z Wadi Halfy do Chartumu

By | Sudan | 8 komentarzy

1 granica. 2 ludzi i 1 auto. 7 dni załatwiania. Tak w skrócie można opisać nasza podróż z Egiptu do Sudanu.

Po prawie 2 tygodniach czekania, w sobotę stanęliśmy do walki o bilet na prom dla nas i miejsce na barce dla Disco. Liczba możliwych do przewiezienia samochodów niewielka, a chętnych sporo. W szranki stanęliśmy w towarzystwie biurokratycznego asystenta, który zaczepił nas pod hotelem w Asuanie oferując swoje usługi. Bo dostanie się na listę rezerwacji to jedno, ale to co dzieje sie później to zupełny kosmos. Urzędy od których potrzebujemy rozmaitych dokumentów pozwalających nam nadać auto promem odwiedzamy przez kolejne 2 dni. Policja, urząd transportowy, port, niekończące się okienka, kolejne pieczątki…

W niedzielę, znów wędrówki od naczelnika do kierownika, od kapitana, do sekretarza. Wreszcie, możemy zakwaterować auto na barce. Czujemy się, jakbyśmy wysłali dziecko na kolonie 😉

W poniedziałek nasza kolej. Prom odpływa po południu (dokładnej godziny nikt nie potrafi podać), ale na pokład wchodzimy już rano, żeby zająć najlepsze miejsca. Najlepsze, oznacza w tym przypadku dające choć trochę cienia. Lokujemy się pod łodzią ratunkową.

W międzyczasie obserwujemy załadunek egipskich towarów, na które czekają bazary całego Sudanu.

Podróż statkiem nie zwalnia naszych towarzyszy od wieczornej modlitwy.

Po nocy spędzonej na pokładzie budzi nas wschodzące słońce. Mamy szczęście, bo w tym samym czasie mijamy słynne egipskie świątynie Abu Simbel położone nad brzegiem jeziora Nasera. Gdyby nie to, że zostały rozebrane na kawałki i ponownie zmontowane wyżej, znajdowałyby się obecnie na dnie zbiornika, po zalaniu Nubii przez wody Nilu spiętrzone tamą asuańską.

Wtorek, wreszcie dopływamy. To jednak dopiero półmetek naszych zmagań. Schodzimy na ląd, auto dopłynie dopiero kolejnego dnia.

Wadi Halfa – pustynne miasteczko, które żyje tygodniowym rytmem wybijanym przez przypływający i odpływający prom. Nie ma tu znanych nam hoteli, są lokandy. Domy z kilkuosobowymi pokojami, gdzie śpisz obok nieznajomych. Bez auta czujemy się bezdomni.

Oferta gastronomiczna też ogranicza się do paru lokali. Jemy m. in. u Shadii, która prowadzi restaurację z mężem.

Herbatę i kawę pija się na ulicy. Stolik, ławeczka i można prowadzić mały biznes.

Dla spragnionych w wielu miejscach wystawione są dzbany z wodą.

Na śniadanie mleczny napój z przyprawami i orzechami 🙂

Zabijamy czas włócząc się po okolicy. Jednym z kilku miejsc, gdzie można spokojnie przysiąść są otaczające Wadi Halfę wzgórza. Z nich obserwujemy życie miasteczka i jego mieszkańców.

I nad Nilem 🙂

Środa, barka z samochodami przypływa ok południa, jednak urzędnicy stwierdzają, że tego dnia nie ma co już odprawiać aut. Czekamy.

Czwartek, od 8 rano czekamy na urzędników w porcie. Okazuje się, że zostali zaproszeni na poweselne śniadanie. Zjawiają się dopiero koło południa. Pod wieczór w końcu jesteśmy wolni. Mocno skołowani, ale pełni ulgi zostawiamy za sobą Wadi Halfę i nocujemy na pustyni.

Kolejne 2 dni to jazda przez pustynię. Po drodze sudańska prowincja.

Mijamy obóz poszukiwaczy złota.

Trafiamy na nieznane nam rośliny.

Drogę dzielimy z Ulfem, Niemcem, który trasę podobną do naszej pokonuje udomowianą cieżarówką MAN. W Sudanie nie sprzedaje się alkoholu. Pozostaje popołudniowa herbatka 😉

Gość, podczas dzikiego kempowania 🙂

Po drodze odwiedzamy piramidy w Karimie.

Sudańskie kobiety, mimo obowiązującego w kraju szariatu, noszą się swobodniej niż arabki z krajów bliskiego wschodu. Przede wszystkim wybierają żywe kolory.

Z kolei mężczyźni chętnie noszą tradycyjne muzułmańskie nakrycia głowy.

W Sudanie wszystko wydaje się nietrwałe i tymczasowe. Skoro takie są domy żywych, zrobione z gliny i cegły błotnej, to tym bardziej miejsca pochówku.

Najważniejszy i najbardziej znany zabytek Sudanu to piramidy w Meroe, pozostałość po konkurującym swego czasu z Egiptem królestwie Kusz. Sudan nie należy do najczęściej odwiedzanych krajów świata, dlatego nawet takie miejsce można mieć tylko dla siebie.

W  niedzielę docieramy do stolicy. Pierwsze kroki w Chartumie kierujemy do wartsztatu, gdzie wymieniamy olej po 10 tysiącach przejechanych kilomertów 🙂

Chartum nie jest ani ładny, ani przyjemny. Tkanka miasta jest niejednolita. Widać, że miasto ma kompleksy wobec bardziej zamożnych arabskich i muzułmańskich krajów, czego dowodem są nieudolne próby postawienia budynku na miarę Burj Al Arab z Dubaju.

nil katarakta

Asuan

By | Egipt | 5 komentarzy

Nil to dla Egiptu być albo nie być. Od zawsze to on rządził państwem i tak pozostałoby do dzisiaj, gdyby nie tama asuańska. Reguluje ona nie tylko stan wody w rzece, ale dostarcza prądu dla całego kraju.

To obiekt do tego stopnia strategiczny, że zakazane jest filmowanie i używanie teleobiektywów 🙂

Za tamą rozpościera się największy sztuczny zbiornik wodny na świecie – 500 kilkometrowe Jezioro Nesera. To właśnie przez nie przebiega jedyna dostępna dla obcokrajowców granica z Sudanem. To właśnie na prom przez to jezioro czekaliśmy 2 tygodnie, a bilety załatwialiśmy przez 2 dni, w 5 różnych urzędach.

Sam Asuan byłby raczej miastem średniej urody, gdyby nie malownicze koryto Nilu, pierwsza katarakta i wyspy na rzece. Najlepszy widok roztacza się ze wzniesienia górującego nad miastem.

Z asuańskiego bazaru: najpopularniejszy strój męski w tych stronach.

Ubiory może tradycyjne, ale bez maila nie ma życia 😉

 

Luksor

By | Egipt | 8 komentarzy

Luksor jest jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów miejsc w Egipcie. Przyjeżdżają tu być oglądać świątynie i grobowce niezliczonych dynastii faraonów i notabli. To eldorado archeologów jest świetnie przygotowane do obsługi zmasowanego ruchu turystycznego. Niestety cierpi na tym atmosfera miasta, gdzie obcokrajowiec jest postrzegany głównie, jako okazja do zarobku i na każdym kroku dręczony nachalnymi ofertami: przejażdżki łodzią, przejażdżki dorożką, przejażdżki na wielbłądzie, przejażdżki na ośle, pokazaniem najlepszego miejsca do fotek, chęcią odpłatnego pozowania do fotek, nazwania oczywistych fragmentów hieroglifów („This is boat”), nazwania najbardziej popularnych, znanych nawet laikowi bogów starożytnego Egiptu itd., itd. Wszystko za drobną opłatą.

Same archeologiczne skarby są świetnie zachowane, niejednokrotnie ciężko uwierzyć, że przetrwały kilka tysięcy lat. Na rozgrzewkę świątynia luksorska:

Jej fundatorem był Amonthep III z XVIII dynastii, a prace nad nią zakończył Ramzes II z XIX dynastii 😉

Z bliźniaczych obelisków został tu tylko jeden. Drugi zdobi… plac Concorde w Paryżu. I Francuzi wcale nie zamierzają oddać zrabowanego zabytku.

Jedni rabowali, inni nie potrafili utrzymać rąk przy sobie. Tu Rzymianie zamalowali reliefy z czasów faraonów swoimi freskami ukazującymi cesarzy.

Każdy skrawek ścian pokrywają hieroglify i płaskorzeźby dokumentujące sceny z życia bogów.

Kolejna słynna świątynia znajduje się w pobliskim Karnaku.

Faraonów również dosięgały osobiste niesnaski. Następca królowej Hatszepsut, Thotmes III nie tylko zgarnął jej świątynię, ale bezczelnie skuł jej podobizny.

W Egipcie symbolem szczęścia jest skarabeusz. Zwiedzający wierzą w jego moc i dotykają jego wizerunku na świątynnej ścianie.

Wjazd do Doliny Królów otwierają ‘kolosy Memnona’. Nazwa trochę na wyrost – mają tylko 18 metrów 😉

Okolicznych mieszkańców, którzy mieszkali między starożytnymi grobowcami przesiedlono wraz z inwazją archeologów.

Grobowce zaczynano budować faraonom tuż po objęciu przez nich władzy, dlatego często osobiście dbali o odpowiedni prestiż przybytku. Z zewnątrz wyglądają one jednak skromnie – niewielkie wejście na pierwszy rzut oka nie różni się od dziury w ziemi, czy groty skalnej. We wnętrzach grobowców z kolei niestety nie można robić zdjęć, a niektóre, np. Tutenchamona mają ograniczenia z liczbie zwiedzających, ze względu na konieczność zachowania odpowiedniego poziomu wilgotności.

Otoczona amfiteatrem skał, kolejna Świątynia Hatszepsut po 3,5 tys. lat ma się za to doskonale i z daleka mogłaby uchodzić za solidny budynek komunistyczny.

Na tych terenach do dziś pracują polscy archeolodzy.

Podczas zwiedzania czasami jesteśmy proszeni o pozowanie do zdjęcia miejscowym. Jesteśmy pamiątką, trofeum z wycieczki. To uczy życzliwości i przypomina o szacunku do osób, które sami fotografujemy w podróży.

Sam Luksor jest malowniczo położony nad Nilem.

Życiodajna, wielka rzeka, jednak, gdzie kończy się jej zasięg natychmiast zaczyna się pustynia.

Tak spędzamy pierwszy z 2 tygodni oczekiwania na prom do Sudanu, który pływa tylko w poniedziałki i akurat jest odwołany z powodu Eid al Adha – 4 dniowego święta związanego z doroczną pielgrzymką do Mekki. Jedną z tradycji jest ubijanie baranka lub krowy i dzielenie się mięsem z rodziną, przyjaciółmi i ubogimi (na pamiątkę znanej i z biblii historii Abrahama poświęcającego Bogu swojego syna). Szlachtowanie odbywa się na każdym rogu, również pod oknem naszego hotelu.

pustynia biała egipt

Pustynia Zachodnia

By | Egipt | 18 komentarzy

Pustynia zachodnia, czyli w istocie wschodnia część Sahary, stanowi większość terytorium Egiptu i rozciąga się od zachodniego brzegu Nilu, aż po granicę z Libią. Dla nas zaczęła się za rogatkami przedmieść Kairu. Dalej jest tylko 350 km asfaltowej drogi ciągnącej się przez tą kamienisto-żwirową pustkę do Oazy Bahariya.

Każdy ma jakieś wyobrażenie oazy. W rzeczywistości oaza to spora kotlina znajdująca się poniżej otaczającej ją pustyni (powyżej widać drogę prowadzącą po nasypie w dół, do oazy), najczęściej depresja, rozciągająca się nawet na kilkadziesiąt kilometrów. Oaza może składać się z wielu wsi i miasteczek.

Bawiti, centrum Oazy Bahariya, zwykłe tłoczne, zakurzone egipskie miasteczko. Natychmiast weryfikuje przywieziony z domu sielski obraz saharyjskiej oazy.

Za granicami oazy zaczyna się pustynia czarna z charakterystycznymi, przypominającymi wulkany wzgórzami, pokrytymi czarnymi kamieniami.

Im dalej na południe, tym wzgórza stają jaśniejsze. Pustynia Czarna płynnie przechodzi w Pustynię Białą.

Pustynia Biała to po prostu kreda. Dużo kredy.

Skały i zmieniające się o zachodzie światło wydobywają surrealistyczne kształty. Na pewno spodobały by się Salvadorowi Dalemu.

Przyznacie – nie najgorsze miejsce na nocleg 🙂

Po zmroku Fenki, pustynne lisy zaczynają swoją aktywność.

Przyznacie – nie najgorsze miejsce na zmywanie naczyń 🙂

Kolejny dzień drogi przez pustynię. Największa pusta przestrzeń jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Tam zaczyna się tzw. Wielkie Morze Piasku.

Rozgrzane powietrze daje złudzenie wody na horyzoncie.

Diuny poruszają się, zasypują drogę. Niektórych nie da sie już odgarnąć, trzeba puścić nowy odcinek drogi dookoła.

Oaza Dakhla. Poranna kawa, herba i papieros z wesołą ekipą chrześcijańskich kierowców ciężarówki…

… i z Panem Starszym.

Oazy są w tym samym miejscu od setek lat. Jak w każdej wiekowej miejscowości także i tu jest starówka (i cytadela), choć w nie najlepszym stanie, to ciągle zamieszkała.

 

 

Giza

By | Egipt | 6 komentarzy

Na początek konkurs: znajdź Piramidę Cheopsa na poniższym zdjęciu 😉

W tle ponownie Piramida Cheopsa. Zasłania ją trochę Piramida Chefrena 🙂

Polonezów w Egipcie jeździ więcej niż w Ojczyźnie. W tle Piramida Cheopsa.

Po prawej (niewidoczna na zdjęciu) Piramida Cheopsa:

 A teraz coś z zupełnie innej beczki: Piramida Mykerinosa 😉

Sfinks na żywo jest o wiele mniejszy niż w wyobrażeniach. W tle Piramida Cheopsa.

W przeszłości w dobrym tonie było odbyć wspinaczkę na Piramidę Cheopsa (w tle), często przy pomocy trzech beduinów, z których dwóch wciągało, a trzeci pchał. Obecnie takich przyjemności zakazano.

I wreszcie podstawowe trofeum bez którego wstyd wyjeżdżać z Egiptu:

kair nocą

Kair nocą

By | Egipt | 7 komentarzy

Prawdziwe życie Kairu zaczyna się o zachodzie słońca.

Muzezini wzywają na wieczorne modły. W tym samym czasie odzywają się wszystkie meczety w mieście. Kakofonia całkowicie nierealna.

Tuż po momencie skupienia  – eksplozja. Arabowie handel mają we krwi. Wyobraźcie sobie przeciskanie się przez tłum na koncercie rockowym pod scenę. Dodajcie do tego samochody, motory i wielkie pakunki z co drugich rękach. Tak właśnie wygląda kairski bazar.

Wieczorne rozrywki są domeną mężczyzn. To dla nich są herbaciarnie i palarnie sheeshy. My jako cudzoziemcy zostajemy zaproszeni do jednej z nich na… partyjkę domina. Prawda, jak grzecznie? 😉

Wieczór to też pora, kiedy można iść do fryzjera, przekąsić coś i pozałatwiać sprawy.