Category

Polska-RPA

kameleon

Caprivi

By | Namibia | 12 komentarzy

Pas Caprivi to nasza brama wjazdowa do Namibii. Z Zimbabwe wjeżdżamy do Botswany (będziemy musieli wrócić tam kiedy indziej 😉 ), by po 50 km wjechać do Namibii. Ten wąski korytarz dawał niemieckim kolonizatorom dostęp do rzeki Zambezi.

Zwierzaki można obserwować nawet jadąc główną drogą. W trakcie jazdy zauważamy kameleona, zatrzymujemy się, żeby lepiej mu się przyjrzeć 🙂

Kemping nad rzeką Okavango jest tak sielankowy, że czulibyśmy się niemal jak emeryci na działce, gdyby nie krokodyle i hipopotamy. Po zmierzchu trzeba uważnie nasłuchiwać i mieć w pogotowiu mocną latarkę do odstraszania intruzów – warto skorzystać z toalety przed pójściem spać 😉 Najbardziej ryzykowny jest pierwszy krok rano – ktoś musi sprawdzić, czy krokodyl nie wyleguje się pod autem 😉

Kąpiel w rzece umożliwia specjalny basen-klatka, która odgradza krokodyle szczęki i cielska hipopotamów od pływających.

Po emocjonującej kąpieli można ukoić nerwy w świątyni dumania w domku na drzewie 😉

'Busz’  prysznic.

Dla odmiany: mini gad znaleziony w trawie 🙂

Odwiedzamy też region o opisowej nawie 'Bushmanland’. Ten oto największy metaliczny meteoryt Hoba (ponad 50 ton), który spadł na Ziemię tysiące lat temu, pewien farmer znalazł na swoim polu 1920 roku 🙂

Dobrze, że teraz są ostrzeżenia… 🙂

Od razu zabieramy się za testowanie lokalnych specjałów. Tu: jogurt z kukurydzianą owsianką i guawą  oraz ziołowy soft drink.

Miejscowi też mają swoje przyjemności – można mieszkać w lepiance, ale satelita musi być 😉 W pasie Caprivi ciągle mijamy wioski, mimo że  Namibia jest najrzadziej zaludnionym krajem na świecie. Na obszarze wielkości 2,5 Polski mieszka niewiele ponad 2 miliony ludzi. To zrozumiałe biorąc pod uwagę, że reszta kraju to pustynia 😉

wodospady wiktorii

Wodospady Wiktorii

By | Zimbabwe | 4 komentarze

Wodospady Wiktorii na rzece Zambezi. Połowa leży po stronie Zambii, połowa po stronie Zimbabwe. Odwiedzamy je w porze deszczowej. Ma to swoje minusy wody w rzece i w wodospadach jest tak dużo, że buzuje i odbija się od skał tworząc gęstą mżawkę, częściowo zasłaniającą widok.

Sir Livingstone – legenda południowej Afryki, przemierzał busz, przemierzał, aż natknął się na nie. Musiał się nieźle zdziwić. Nie mógł się powstrzymać i nazwał je imieniem brytyjskiej królowej  😉

Wodospady tworzą się dzięki kolejnym gigantycznym rozpadlinom skalnym i zmieniają swoje położenie co kilkadziesiąt tysięcy lat.

Poznajecie? 😉

Mży tak intensywnie, że niebawem jesteśmy kompletnie przemoczeni. Aparat też. Ponaglamy poproszoną o zrobienie zdjęcia osobę w obawie przed zatopieniem sprzętu.

Wilgotność = dżungla

Przez Zambezi biegnie most. Po jednej stronie Zambia, po drugiej Zimbabwe.

Skoczylibyście tu sobie na bungie? Miejscowi opowiedzieli nam historię młodej Australijki, której podczas skoku zerwała się lina. Dziewczynie nic się nie stało – samodzielnie dopłynęła do brzegu. Zjawiła się ponoć na nazajutrz i oświadczyła obsłudze: „wisicie mi t-shirt i darmowy skok” 🙂

Jeszcze parę obrazków ze stolicy, którą odwiedziliśmy po drodze nad wodospady. Z Harare jedziemy nowym asfaltem, równolegle biegnie stara droga, dla oszczędności zrobiona tylko z dwóch pasów asfaltu na szerokość kół.

Mając w pamięci kryzys finansowo-zaopatrzeniowy i słynną hiperinflację spodziewamy się kraju upadłego i takiej też stolicy. Dziś jednak w Zimbabwe oficjalną walutą jest dolar amerykański, a stare banknoty sprzedaje się turystom jako pamiątki.

Harare jest całkiem nowoczesnym miastem.

W sklepach widać jeszcze czasem kłopoty z zaopatrzeniem i „rzuty” – zapychanie całego regału w supermarkecie np. olejem, bo akurat przyszła dostawa, ale raczej wszystko jest. Tu: mydło na metry, a właściwie na kilogramy 🙂

Sklep ze sztucznymi włosami do wyplatania warkoczyków.

Gospodarka dźwiga się po kryzysie – centrów handlowych dostatek.

Mana Pools

By | Zimbabwe | 19 komentarzy

Mana Pools w Zimbabwe to jeden z najbardziej dzikich parków Afryki. Słynie z tego, że można w nim wysiadać z auta i spacerować (na własne ryzyko). Dodatkową atrakcją jest to, że camping w parku nie jest ogrodzony i zwierzęta swobodnie go odwiedzają. Dlatego zabronione jest wwożenie świeżych owoców. Słoń skuszony zapachem np. cytrusów jest ponoć w stanie staranować samochód. Ukrywamy więc nasze mango i avocado w okolicy mostku przy bramie wjazdowej 😉

Jeszcze przed przekroczeniem granic parku pierwsze słonie przecinają nam drogę.

Syzyf wśród insektów – żuk gnojarz.

Drzewo kiełbasiane – jego nazwa pochodzi od kształtu owoców, które są przysmakiem słoni. Do tego wątku jeszcze wrócimy… 😉

Pochmurne niebo (wciąż jesteśmy w rejonie pory deszczowej) i przebijające się słońce dają niesamowite kolory. Sielanka jak z gazetki Świadków Jehowy. Do czasu… 😉

Kemping nad rzeką Zambezi jest po prostu polanką nad brzegiem. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo to oznacza, że w każdej chwili może podejść słoń, hipopotam, krokodyl czy lew, jak w przypadku mężczyzny zjedzonego w 2010 roku pod prysznicem.

Na początku zapowiadało się jednak idyllicznie…

Aż tu nagle, pod koniec wieczoru spędzonego na spokojnym przeglądaniu atlasu zwierząt, P. postanawia: „podświetlę sobie rzekę na chwilę”. Rzuca snop światła przez przednią szybę samochodu… Nie robiliśmy rzecz jasna zdjęć, ale specjalnie dla Was przygotowaliśmy fotomontaż -rekonstrukcję zdarzeń 😉

Słonie, wbrew temu, czego można by się spodziewać, poruszają się niesamowicie cicho. Gdybyśmy nie włączyli światła pewnie nie zauważylibyśmy jego obecności! Po skonsumowaniu owoców drzewa kiełbasianego (już wiemy pod czym nie parkować 😉 ) słoń jeszcze przytulił się do naszego samochodu składając lusterko i oddalił się ustępując pola pasącym się nocą hipopotamom.

Kolejny poranek, podczas którego spotykamy m.in. stadko lwic, wydaje nam się czystą sielanką 😉

Zaczęło jednak ostro padać. Z drzewa spada nam na auto malutki kameleon 🙂

Uciekamy więc dalej, jeszcze tylko kuriozalna kontrola, czy nie mamy w aucie muchy tse tse i opuszczamy Mana Pools. Wrócimy tu jeszcze kiedyś w porze suchej – wtedy koncentracja zwierząt wokół wysychającej rzeki – ostatnich zasobów wody w okolicy jest jeszcze większa 😉

Zambia

By | Zambia | 5 komentarzy

Zambia wita nas najgorszymi drogami, jakie do tej pory widzieliśmy. Jezdnia to właściwie tor przeszkód między dziurami jak leje po bombardowaniu. Trasa biegnie przez praktycznie niezamieszkały busz.

Stan dróg wpływa na ilość wypadków. Prawie nie ma tu transportu publicznego i niewiele jest prywatnych samochodów, ale co kilkadziesiąt kilometrów widzimy przewróconego TIRa.

W Afryce, w większości miejsc nie ma problemów z zakwaterowaniem. Kempingi są tanie, zazwyczaj po 5 $ za osobę. Czasami jednak zdarzają się tereny, gdzie po prostu NIC nie ma. Wtedy jedyną opcją jest 'bush camping’. To proste: pilnujesz czasu i przynajmniej godzinę przed zachodem słońca zaczynasz się rozglądać za dogodnym miejscem do spania. Dogodne, to znaczy: jest zjazd z drogi, jest się za czym schować, nie ma ludzi. Schować się można za wzniesieniem lud drzewami. Ważne, żeby trawa nie była zbyt wysoka, bo to dobre schronienie dla węży. Trzeba też uważać przesuwając kamienie, bo tam, z kolei, lubią siedzieć skorpiony. Trzeba trochę ponasłuchiwać, czy w pobliżu nie ma wioski i samemu być w miarę cicho. Potem rozkładamy graty, gotujemy kolację i bierzemy nasz samochodowy prysznic. Najlepiej uwinąć się z tym wszystkim przed zachodem słońca, bo po zmroku trudniej wypatrzyć zagrożenia, a nie jest miło, gdy skorpion chodzi wokół nóg, gdy się myjesz. Zawsze mamy ze sobą przynajmniej 20 litrów wody do mycia i gotowania i przynajmniej 6 półtoralitrowych butelek wody pitnej. Gotujemy na przenośnej, „harcerskiej” kuchence. Jeśli przez pierwszą godzinę nie pojawi się ciekawska ekipa miejscowych można założyć, że nikt Cię nie zauważył. Co nie gwarantuje nieproszonych gości o świcie 😉

Miejscowi gotują na żarze z węgla drzewnego. Wielkie wory sprzedawane są przy każdej drodze.

Spuścizną po kolonizacji są potomkowie europejskich osadników. Dowiadujemy się, że na farmie Shiwa Ng’angu, prowadzonej przez wnuków Sir Stewart’a Gore-Browna mają gorące źródła. Zatrzymujemy się więc na dodatkowy dzień relaksu 😉 Skoro jesteśmy przy temacie ciepłej wody… W  Afryce zaskoczyło nas to, że praktycznie wszędzie (poza Egiptem i Sudanem) można wziąć gorący prysznic. W Azji, w budżetowym zakwaterowaniu, w jakim zwykle śpimy, właściwie nigdy się to nie zdarzało.

W tej zatoczce woda miała ok. 40 stopni. Źródło ponoć znajduje się kilka kilometrów pod powierzchnią ziemi i woda z każdym kilometrem traci 10 stopni ciepła. Kąpiel jest bezpieczna, z powodu temperatury krokodyle z pobliskiej rzeki nie zapuszczają się tu.

Spędzamy więc popołudnie wygrzewając się w w wodzie z kubkiem Martini w ręku 😉

Niestety, jak już pisaliśmy, w tym rejonie Afryki jest teraz pora deszczowa, pędzimy więc dalej, w kierunku bardziej suchych terenów.

Ta pani też by pewnie chciała 😉

Sprzedawczyni bananów i kassawy, bulw, które pełnią rolę lokalnych ziemniaków.

Miasteczka w Zambii to zazwyczaj większe skrzyżowanie skupiające baraki z bankiem, barem, sklepem i stacją benzynową. Tu centrum Mpiki.

Lusaka też nie grzeszy urodą. Jest trochę większym zbiorowiskiem baraków (nie licząc dzielnicy ambasad). Tu załatwiamy wizę do Namibii. Jest też mnóstwo centrów handlowych, gdzie uzupełniamy zapasy i ruszamy w dalszą drogę do Zimbabwe.

TanZam Highway

By | Tanzania | 14 komentarzy

TanZam Highway to prawie tysiąckilometrowa droga prowadząca z Dar es Salam w Tanzanii do Zambii. Tu widok z naszego kempingu w okolicy Morogoro 🙂

Waves? A może Super Black? Szeroki wachlarz usług fryzjerskich, błogosławieństwo gratis 😉

Kiosk. Prasa na miejscu i na wynos 🙂

Część TanZam Higway przebiega przez park narodowy Mikumi. Tablice ostrzegają przed dzikimi zwierzętami.

I rzeczywiście… 🙂

Dla przypomnienia: te zwierzaki obserwujemy sobie jadąc autem normalną drogą krajową, razem z autobusami i ciężarówkami 😉

Wbrew naszym wyobrażeniom o Tanzanii jako płaskiej sawanny, kraj okazał się mocno górzysty. Typowe chaty tanzańskiej wsi:

Miejscówka na lunch:

Powalony baobab. N. w charakterze skali 🙂

Na południu Tanzanii i w Zambii mamy porę deszczową. Jak pada, to porządnie.

Prowiant zdobywamy na bieżąco, od miejscowych sprzedawców. Tu szczęśliwie trafiliśmy na lokalną mleczarnię:

Zajmowanie się domem to Afryce naprawdę ciężka praca. Kobiety noszą nie tylko wodę , ale i drewno na opał.

Potrzeba matką wynalazku! Kolejny przykład tego, co dzieciak potrafi wykombinować z plastikowej butelki.


 

Zanzibar

By | Tanzania | 12 komentarzy
Jak się dostać na Zanzibar?

Na Zanzibar płynie się z Dar es Salam jakieś 2 godziny, w zależności od szybkości łódki. Niby to tylko wyspa u wybrzeży Tanzanii, ma jednak silne wpływy polityczne. Jest też źródłem sporych dochodów z turystyki. Przez lata archipelag Wysp Korzennych pozostaje ucieleśnieniem marzeń o egzotyce.

Co zobaczyć? Kolonialne miasto Stone Town

Pierwszą miejscowością do której przypływają turyści jest Zanzibar Town ze słynnym Stone Town. Główną atrakcją jest labirynt kolonialnych uliczek.

Beit el-Ajaib – 'House of wonders’. Kiedyś rezydencja sułtana Barghasha, dziś muzeum.

Słonioodporne drzwi

Symbolem Zanzibaru są 'słonioodporne drzwi’. Najeżone metalowymi wypustkami są pierwszym elementem, od którego rozpoczyna się budowę domu. Ich przepych świadczy o pozycji właściciela posesji.

Dzieci bawią się w zakamarkach uliczek.

Freddy Mercury urodził się na Zanzibarze

Zanzibar jest miejscem urodzenia i dzieciństwa Freddiego Mercury’ego, wokalisty Queen. Jako potomek Hindusów, Farrokh Bulsara został wysłany do szkoły w Indiach. Jest jednak kilka miejsc, np.pub, które próbują zarabiać na legendzie gwiazdy.

Portowe rozrywki dzieciaków i młokosów 🙂

Dzieci zamiast dmuchanych 'motylków’ używają pustych butelek.

Tradycyjne łodzie 'dhow’ wciąż produkuje się ręcznie, tradycyjnymi metodami.

Pokolenia rybaków dzielą się doświadczeniami.

Życie uliczne

Wyspy korzenne słyną z uprawy przypraw. Tu suszenie gałki muszkatołowej.

Sprzedawcy chleba.

Gastronomia bazarowa.

Kiosk i rzut oka na newsy.

Szkoła.

Wyspę zamieszkują głównie muzułmanie. Poza plażami lepiej ubierać się skromnie 😉

Nawet jeśli muzułmanki zakrywają włosy wciąż mają na ich punkcie obsesję. Salony fryzjerskie w ogromnej liczbie na każdej ulicy.

Kuriozum turystyczne. Buty biedoty zrobione z opon są sprzedawane również jako pamiątki!

Zanzibar ma też poważniejszą, czarną kartę w historii. Był jednym z przystanków na trasie handlu niewolnikami. Dziś na terenie dawnego targu ludźmi stoi anglikańska katedra.

Na wyspie otoczonej rafami koralowymi nawet pojemniki na wodę święconą zrobione są z muszli 🙂

Plaże – jak do nich dotrzeć na własną rękę?

Wyspa jest dosyć duża, zwiedzamy ją więc na wynajętym skuterze Piaggio 🙂

W Paje i okolicznych wsiach zarabia się na turystyce, ale też na uprawie alg i rybołóstwie.

Robimy też krótki wypad łodzią na nieodległą wyspę Changuu.

Ogromne żółwie

I stajemy łapa w łapę…

… oko w oko…

… z żółwiami gigantami 🙂

… ups 🙂

Ich wiek zaznaczany jest farbą na skorupach.

Między gadami zaplątał się paw 🙂

Dar es Salam

By | Tanzania | 2 komentarze

Wybrzeżem Suahili przesuwamy z Kenii na południe. Tanzania wita nas nie najlepszymi, ale za to malowniczymi drogami 😉

W Afryce jedną z najpiękniejszych rzeczy są drzewa. Plażę w Pangani porastają palmy i baobaby.

Po kempingu, zwłaszcza nocą, szusują kraby.

Plantacja ananasów.

Ananasy można kupić przy każdej drodze. Na życzenie: skrobanie maczetą.

Stacja beznynowa.

W Afryce ciężary nosi się na głowie. W tle typowy tanzański dom – zrobiony z cegły błotnej.

Warsztat rowerowy.

Dar es Salam. Widok z nabrzeża.

Wybrzeże Tanzanii zamieszkałe jest w większości przez muzułmanów. Chrześcijanie żyją raczej w centralnej i zachodniej części kraju.

Handel uliczny.

Większość szyldów i reklam jest malowana przez lokalnych „artystów” 🙂

Mombasa i wybrzeże Suahili

By | Kenia | 6 komentarzy

Mombasa jest miastem, którego historię można czytać z architektury. Kolonialne budynki sąsiadują z betonowo-szklanymi wieżowcami buzującego kapitalizmu rozwijającego się miasta. Szyldy międzynarodowych marek sąsiadują z tradycyjnymi warsztatami i sklepikami.

Blokowiska mogą być szare i zaniedbane…

… ale ferię kolorów przynoszą reklamy, którymi często pokryte są całe budynki.

Sztuka użytkowa. Lokalni artyści na usługach usług:

 

Włosy to w tym kraju religia. Można nie mieć na chleb, ale na fryzjera się ma. Salonów fryzjerskich jest po kilka w każdej, nawet najmniejszej wiosce. Mało kto próbuje sam poradzić sobie z gęstwiną afro.

Biedę widać w mnogości używanej odzieży sprzedawanej na ulicy. To główne źródło zaopatrzenia w ubrania.

Bieda rodzi też kreatywność. Dzieciaki potrafią konstruować pomysłowe zabawki! Ten pojazd zrobiony z butelki i zakrętek napędzanym był żaglem z reklamówki.

Głównym środkiem transportu w okolicznych wsiach jest rower.

Nikt tu jednak nie żebrze. Większość próbuje sił w drobnych usługach i rzemiośle.

Mombasa ma bardzo gorący i wilgotny klimat. Przebywanie w mieście męczy, więc uciekamy do Tiwi, na plaże na południe od miasta.

Wieczorna bryza i krojenie ananasa. Wieśniacy codziennie dostarczają na kemping świeże owoce, warzywa, ryby i inne morskie stworzenia.

Plażowaniem nad Oceanem Indyjskim rządzą przypływy i odpływy. Poziom wody w Tiwi podnosił się lub opadał o ok. 3 metry.

 

słonie pod kilimandżaro

Amboseli

By | Kenia | 27 komentarzy

Park Narodowy Amboseli wita nas czaszka antylopy. To dobrze, to zapowiada zwierzeta 🙂 To niewielki park na pograniczu Kenii i Tanzanii, u stop Kilimandzaro, najwyzszego szczytu Afryki.

Samotne gnu.

Z oddali dostrzegamy ciemne punkty na horyzoncie. To stado… sloni 🙂

Hasajace zbiorowo antyloplki.

Bawol, nalezacy do tzw. wielkiej piatki afrykanskich zwierzat obok slonia, lwa, lamprta i nosorozca. Pytanie, dlaczego nie ma w tym gronie zyrafy??

Hipopotamy, przedstawiane w kreskowkach jako lagodne stworzenia, sa  w rzeczywistosci uznawane za najbardziej niebezpieczne zwierzeta w Afryce (moze oprocz komarow, ktore przenosza malarie). A najgrozniejsza sytuacja? Znalezc sie na drodze hipopotama do wody 😉

Slon wieczorowa pora 🙂

Slonie rowniez potrafia byc bardzo niebezpieczne. Szczegolnie, gdy wyczuja jedzenie. Podobno, by dobrac sie do owocow, nie wahaja sie staranowac samochodu. Dlatego kempingi sa otoczone plotem pod pradem.

Wschod slonca nad Kilimandzaro. Gora widoczna jest w calosci tylko wczesnym rankiem. Przed poludniem naplywaja chmury, ktore skrywaja ja szczelnie przez reszte dnia.

Warto wstac wczesnie rowniez z innego powodu: swit to tez pora najwiekszej aktywnosci zwierzat.

Ze sloniami najbardziej trzeba uwazac, gdy towarzysza im mlode. Potrafia byc szczegolnie agresywne, gdy wyczuja zagrozenie. Trudno im sie dziwic: sloniatka rodza sie pojedynczo, rzadko – raz na 4 lata, a sama sloniowa ciaza trwa dlugo: 22 miesiace.

Te obszary Kenii naleza do Masajow. Obecnie trudnia sie oni zyciem w „tradycyjnych wioskach”, co zaspokaja potrzebe „etnicznych doznan” klientow biur podrozy.

Juz wiemy, gdzie stacjonuja wygnane zima z Polski bociany 🙂

Inne ptactwo:

Podczas jezdzenia po parku slonie wielokrotnie przecinaja nam droge 🙂

Smialo do auta podchodza rowniez baboony.

Jezioro Turkana

By | Kenia | 24 komentarze

Jezioro Turkana leży na pograniczu Etiopii i Kenii, a jego okolice należą do jednych z najbardziej odosobnionych i odległych od cywilizacji miejsc w Afryce Wschodniej. Powodem jest brak dróg, jakiejkolwiek infrastruktury, niska gęstość zaludnienia, półpustynny, wulkaniczny charakter całej okolicy. Nie ma nawet oficjalnego przejscia granicznego. Obecnie ta droga jest jednak bezpieczniejsza niż standardowa droga z Etiopii do Kenii biegnąca bliżej granicy z Somalią. Jest też zdecydowanie ciekawsza, ale i dłuższa. Pokonanie tego liczącego ponad 1000 km odcinka bezdroży zajmuje około 10 dni, w zależności od pogody. W czasie deszczu trzeba czekać aż woda w okresowych rzekach i na równinach opadnie.

Oczywiście, w trakcie podróży nie można liczyć na możliwość zakupu paliwa, ani nawet wody czy jedzenia. Trzeba być samowystarczalnym. Zdecydowanie nie jest to dobre miejsce, by utknąć samemu z popsutym samochodem, więc lepiej sformować grupę. My jedziemy z poznaną jeszcze na promie do Sudanu ekipą kilku aut. Poniżej pierwszy dziki nocleg nad jeziorem, prawdopodobnie jeszcze po etiopskiej stronie.

Każdy postój skutkuje odwiedzinami miejscowych. Pojawiają się wcześniej czy później, idą z daleka, czasem widać ich już z daleka, na horyzoncie. Potem cierpliwie stoją, przyglądają się i dziwią wszystkiemu. Każda nasza czynność jest przedmiotem zainteresowania, nawet tak banalna jak nalewanie paliwa z kanistra do baku. Jesteśmy rodzajem obwoźnego kina, dostarczycielami kuriozalnej rozrywki. Miejscowi zwykle nie chcą niczego od nas, czasem wezmą puste butelki po wodzie mineralnej, które będą im pewnie służyć bardzo długo, jako pojemniki na wodę, lejki, miski i kubki.

Poranna wizyta ekipy z plemienia Turkana.

Dzieciaki potrafią bawić się wszystkim. Ten porwał torbę po wieprzowinie naszych kompanów i zaczął przyklejać etykietkę na wszystkim, łączenie z własnym czołem 🙂

Pierwsza osada po Kenijskiej stronie to tylko parę chat oraz mała misja benedyktyńska prowadząca szkołę i kościół. Jest też posterunek, gdzie policjant w cywilu wpisuje numery paszportów do zeszytu. Pieczątki wjazdowe będziemy musieli zorganizować dopiero w Nairobi.

Lorri, nasz kolega z Anglii, jedzie na motorze tą trasą co my. W planch ma m. in. odwiedzenie wioski w Kenii, gdzie podczas II Wojny Światowej został poczęty jego ojciec 🙂

Marabut.

Drogę stale przecinają mniej lub bardziej wyschnięte rzeki. Nie padało od zaledwie czterech dni. Mamy szczęście. Ciężarówka ma nieco mniejsze, wybrała gorsze miejsce do przejazdu i utknęła.

Kolejny przystanek i kolejna wizyta z nikąd. Pasterze zawsze mają ze sobą broń. Zbrojne podjazdy mające na celu kradzież bydła są miejscowym sposobem na radzenie sobie z nadmiarem testosteronu. W stosunku do nas nie są agresywni i po krótkim zaznajomieniu z aparatem fotograficznym chętnie pozują do zdjęć.

Generalnie ekipa jest przyjazna, choć wyglądają na standardowych afrykańskich rebeliantów.

Krajobrazy i warunki drogowe zmieniają się z każdym dniem. raz jest to piach, innym razem kamienie lub błoto.

Kobieta z ludu Turkana.

Warunki nie są lekkie. Wielka ciężaróka MAN straciła wydech, który w całości odłamał się tuż przy turbinie. Resztę drogi wieziemy go na dachu.

Błogosławieństwo. „Autostrada”, na której można rozwinąć cudowną, dającą rzeczywiste poczucie przemieszczania się, prędkość 50km/h. Po wielokilometrowych odcinkach gdzie prędkość nie wzrasta ponad 10km/h, uczucie jest nie do przecenienia.

Z zewnątrz nie wygląda to źle, jednak jazda po takich (często ostrych) kamieniach doprowadza do rozpadu osobowości 🙂

Po setkach kilometrów droga znów zbliża się do Jeziora Turkana. Krajobraz jest jednak pustynny i surowy, typowo wulkaniczny.W dolinach rzek kwitnie jednak życie.

Pierwsza prawdziwa wioska – Loyangalani. Są tu sklepy, zasięg telefonów…

… i piwo 🙂

Miejscowa drużyna piłkarska dumnie prezentuje trofeum. Zwyciężyli sześć drużyn, w tym tę z Maralal, prawdziwego miasta. Trochę matrwi ich, że jest plastikowe.

Znów odbijamy od jeziora i krajobraz zmienia się nie do poznania. Przed nami skaliste góry i spływające zielenią doliny rzek.

Młody szczerzy się. Z ufnością.

South Horr. Miejscowość gdzieś pośrodku niczego.

Mikro-jeziorko. Idealne miejsce na nocleg. Z wody wychylają głowy tylko żółwie.

I znów niekończąca się droga. Od rana do wieczora na wertepach.

Szatan serduszko.

Wojownik Samburu i jego pojazd bojowy.

Osły w paski. Pasły się przy drodze.

Dik Dik. Mikro antylopka.

Kobieta z ludu Samburu.

Niespodziewane wybawienie dla naszych zmęczonych d. Asfalt po 1 200 kilometrach offroadu! Pierwsze metry są jak przejażdżka łódką po spokojnej wodzie. Gładko, miękko, szybko.

Od tego momentu jesteśmy już coraz bardziej do góry nogami 😉