All Posts By

Paweł Dunia

Dar es Salam

By | Tanzania | 2 komentarze

Wybrzeżem Suahili przesuwamy z Kenii na południe. Tanzania wita nas nie najlepszymi, ale za to malowniczymi drogami 😉

W Afryce jedną z najpiękniejszych rzeczy są drzewa. Plażę w Pangani porastają palmy i baobaby.

Po kempingu, zwłaszcza nocą, szusują kraby.

Plantacja ananasów.

Ananasy można kupić przy każdej drodze. Na życzenie: skrobanie maczetą.

Stacja beznynowa.

W Afryce ciężary nosi się na głowie. W tle typowy tanzański dom – zrobiony z cegły błotnej.

Warsztat rowerowy.

Dar es Salam. Widok z nabrzeża.

Wybrzeże Tanzanii zamieszkałe jest w większości przez muzułmanów. Chrześcijanie żyją raczej w centralnej i zachodniej części kraju.

Handel uliczny.

Większość szyldów i reklam jest malowana przez lokalnych „artystów” 🙂


Mombasa i wybrzeże Suahili

By | Kenia | 6 komentarzy

Mombasa jest miastem, którego historię można czytać z architektury. Kolonialne budynki sąsiadują z betonowo-szklanymi wieżowcami buzującego kapitalizmu rozwijającego się miasta. Szyldy międzynarodowych marek sąsiadują z tradycyjnymi warsztatami i sklepikami.

Blokowiska mogą być szare i zaniedbane…

… ale ferię kolorów przynoszą reklamy, którymi często pokryte są całe budynki.

Sztuka użytkowa. Lokalni artyści na usługach usług:

 

Włosy to w tym kraju religia. Można nie mieć na chleb, ale na fryzjera się ma. Salonów fryzjerskich jest po kilka w każdej, nawet najmniejszej wiosce. Mało kto próbuje sam poradzić sobie z gęstwiną afro.

Biedę widać w mnogości używanej odzieży sprzedawanej na ulicy. To główne źródło zaopatrzenia w ubrania.

Bieda rodzi też kreatywność. Dzieciaki potrafią konstruować pomysłowe zabawki! Ten pojazd zrobiony z butelki i zakrętek napędzanym był żaglem z reklamówki.

Głównym środkiem transportu w okolicznych wsiach jest rower.

Nikt tu jednak nie żebrze. Większość próbuje sił w drobnych usługach i rzemiośle.

Mombasa ma bardzo gorący i wilgotny klimat. Przebywanie w mieście męczy, więc uciekamy do Tiwi, na plaże na południe od miasta.

Wieczorna bryza i krojenie ananasa. Wieśniacy codziennie dostarczają na kemping świeże owoce, warzywa, ryby i inne morskie stworzenia.

Plażowaniem nad Oceanem Indyjskim rządzą przypływy i odpływy. Poziom wody w Tiwi podnosił się lub opadał o ok. 3 metry.

 

słonie pod kilimandżaro

Amboseli

By | Kenia | 27 komentarzy

Park Narodowy Amboseli wita nas czaszka antylopy. To dobrze, to zapowiada zwierzeta 🙂 To niewielki park na pograniczu Kenii i Tanzanii, u stop Kilimandzaro, najwyzszego szczytu Afryki.

Samotne gnu.

Z oddali dostrzegamy ciemne punkty na horyzoncie. To stado… sloni 🙂

Hasajace zbiorowo antyloplki.

Bawol, nalezacy do tzw. wielkiej piatki afrykanskich zwierzat obok slonia, lwa, lamprta i nosorozca. Pytanie, dlaczego nie ma w tym gronie zyrafy??

Hipopotamy, przedstawiane w kreskowkach jako lagodne stworzenia, sa  w rzeczywistosci uznawane za najbardziej niebezpieczne zwierzeta w Afryce (moze oprocz komarow, ktore przenosza malarie). A najgrozniejsza sytuacja? Znalezc sie na drodze hipopotama do wody 😉

Slon wieczorowa pora 🙂

Slonie rowniez potrafia byc bardzo niebezpieczne. Szczegolnie, gdy wyczuja jedzenie. Podobno, by dobrac sie do owocow, nie wahaja sie staranowac samochodu. Dlatego kempingi sa otoczone plotem pod pradem.

Wschod slonca nad Kilimandzaro. Gora widoczna jest w calosci tylko wczesnym rankiem. Przed poludniem naplywaja chmury, ktore skrywaja ja szczelnie przez reszte dnia.

Warto wstac wczesnie rowniez z innego powodu: swit to tez pora najwiekszej aktywnosci zwierzat.

Ze sloniami najbardziej trzeba uwazac, gdy towarzysza im mlode. Potrafia byc szczegolnie agresywne, gdy wyczuja zagrozenie. Trudno im sie dziwic: sloniatka rodza sie pojedynczo, rzadko – raz na 4 lata, a sama sloniowa ciaza trwa dlugo: 22 miesiace.

Te obszary Kenii naleza do Masajow. Obecnie trudnia sie oni zyciem w „tradycyjnych wioskach”, co zaspokaja potrzebe „etnicznych doznan” klientow biur podrozy.

Juz wiemy, gdzie stacjonuja wygnane zima z Polski bociany 🙂

Inne ptactwo:

Podczas jezdzenia po parku slonie wielokrotnie przecinaja nam droge 🙂

Smialo do auta podchodza rowniez baboony.


Jezioro Turkana

By | Kenia | 24 komentarze

Jezioro Turkana leży na pograniczu Etiopii i Kenii, a jego okolice należą do jednych z najbardziej odosobnionych i odległych od cywilizacji miejsc w Afryce Wschodniej. Powodem jest brak dróg, jakiejkolwiek infrastruktury, niska gęstość zaludnienia, półpustynny, wulkaniczny charakter całej okolicy. Nie ma nawet oficjalnego przejscia granicznego. Obecnie ta droga jest jednak bezpieczniejsza niż standardowa droga z Etiopii do Kenii biegnąca bliżej granicy z Somalią. Jest też zdecydowanie ciekawsza, ale i dłuższa. Pokonanie tego liczącego ponad 1000 km odcinka bezdroży zajmuje około 10 dni, w zależności od pogody. W czasie deszczu trzeba czekać aż woda w okresowych rzekach i na równinach opadnie.

Oczywiście, w trakcie podróży nie można liczyć na możliwość zakupu paliwa, ani nawet wody czy jedzenia. Trzeba być samowystarczalnym. Zdecydowanie nie jest to dobre miejsce, by utknąć samemu z popsutym samochodem, więc lepiej sformować grupę. My jedziemy z poznaną jeszcze na promie do Sudanu ekipą kilku aut. Poniżej pierwszy dziki nocleg nad jeziorem, prawdopodobnie jeszcze po etiopskiej stronie.

Każdy postój skutkuje odwiedzinami miejscowych. Pojawiają się wcześniej czy później, idą z daleka, czasem widać ich już z daleka, na horyzoncie. Potem cierpliwie stoją, przyglądają się i dziwią wszystkiemu. Każda nasza czynność jest przedmiotem zainteresowania, nawet tak banalna jak nalewanie paliwa z kanistra do baku. Jesteśmy rodzajem obwoźnego kina, dostarczycielami kuriozalnej rozrywki. Miejscowi zwykle nie chcą niczego od nas, czasem wezmą puste butelki po wodzie mineralnej, które będą im pewnie służyć bardzo długo, jako pojemniki na wodę, lejki, miski i kubki.

Poranna wizyta ekipy z plemienia Turkana.

Dzieciaki potrafią bawić się wszystkim. Ten porwał torbę po wieprzowinie naszych kompanów i zaczął przyklejać etykietkę na wszystkim, łączenie z własnym czołem 🙂

Pierwsza osada po Kenijskiej stronie to tylko parę chat oraz mała misja benedyktyńska prowadząca szkołę i kościół. Jest też posterunek, gdzie policjant w cywilu wpisuje numery paszportów do zeszytu. Pieczątki wjazdowe będziemy musieli zorganizować dopiero w Nairobi.

Lorri, nasz kolega z Anglii, jedzie na motorze tą trasą co my. W planch ma m. in. odwiedzenie wioski w Kenii, gdzie podczas II Wojny Światowej został poczęty jego ojciec 🙂

Marabut.

Drogę stale przecinają mniej lub bardziej wyschnięte rzeki. Nie padało od zaledwie czterech dni. Mamy szczęście. Ciężarówka ma nieco mniejsze, wybrała gorsze miejsce do przejazdu i utknęła.

Kolejny przystanek i kolejna wizyta z nikąd. Pasterze zawsze mają ze sobą broń. Zbrojne podjazdy mające na celu kradzież bydła są miejscowym sposobem na radzenie sobie z nadmiarem testosteronu. W stosunku do nas nie są agresywni i po krótkim zaznajomieniu z aparatem fotograficznym chętnie pozują do zdjęć.

Generalnie ekipa jest przyjazna, choć wyglądają na standardowych afrykańskich rebeliantów.

Krajobrazy i warunki drogowe zmieniają się z każdym dniem. raz jest to piach, innym razem kamienie lub błoto.

Kobieta z ludu Turkana.

Warunki nie są lekkie. Wielka ciężaróka MAN straciła wydech, który w całości odłamał się tuż przy turbinie. Resztę drogi wieziemy go na dachu.

Błogosławieństwo. „Autostrada”, na której można rozwinąć cudowną, dającą rzeczywiste poczucie przemieszczania się, prędkość 50km/h. Po wielokilometrowych odcinkach gdzie prędkość nie wzrasta ponad 10km/h, uczucie jest nie do przecenienia.

Z zewnątrz nie wygląda to źle, jednak jazda po takich (często ostrych) kamieniach doprowadza do rozpadu osobowości 🙂

Po setkach kilometrów droga znów zbliża się do Jeziora Turkana. Krajobraz jest jednak pustynny i surowy, typowo wulkaniczny.W dolinach rzek kwitnie jednak życie.

Pierwsza prawdziwa wioska – Loyangalani. Są tu sklepy, zasięg telefonów…

… i piwo 🙂

Miejscowa drużyna piłkarska dumnie prezentuje trofeum. Zwyciężyli sześć drużyn, w tym tę z Maralal, prawdziwego miasta. Trochę matrwi ich, że jest plastikowe.

Znów odbijamy od jeziora i krajobraz zmienia się nie do poznania. Przed nami skaliste góry i spływające zielenią doliny rzek.

Młody szczerzy się. Z ufnością.

South Horr. Miejscowość gdzieś pośrodku niczego.

Mikro-jeziorko. Idealne miejsce na nocleg. Z wody wychylają głowy tylko żółwie.

I znów niekończąca się droga. Od rana do wieczora na wertepach.

Szatan serduszko.

Wojownik Samburu i jego pojazd bojowy.

Osły w paski. Pasły się przy drodze.

Dik Dik. Mikro antylopka.

Kobieta z ludu Samburu.

Niespodziewane wybawienie dla naszych zmęczonych d. Asfalt po 1 200 kilometrach offroadu! Pierwsze metry są jak przejażdżka łódką po spokojnej wodzie. Gładko, miękko, szybko.

Od tego momentu jesteśmy już coraz bardziej do góry nogami 😉


Z Addis Ababy do Doliny Omo

By | Etiopia | 6 komentarzy

Addis Ababa jest drugą najwyżej położoną stolicą świata (ok. 2400m n.p.m.). Samochody dymią tu jak mało gdzie na świecie topiąc miasto w mrocznym smogu, piesi też nie mają łatwo bo ulice wiją się po stromiznach wzgórz.

Mimo, że etiopski socjalizm odszedł już jakiś czas temu do historii, miasto wciąż pozostaje żywym skansenem architektury charakterystycznej dla wszystkich socjalistycznych stolic świata.

Jak w wielu miastach Etiopii, w Addis mamy do czynienia z budowlanym boomem. To Chińczycy budują obecnie ten kraj, zarówno wieżowce jak i drogi.

Symbol Etiopii: Lew Judy.

W trakcie podróży stajemy się szczególnie wrażliwi na niedolę ludzką spowodowaną zepsutymi silnikami 🙂

Dworzec końcowy kolonialnej kolei łączącej nieposiadającą dostępu do morza Etiopię z portem w Dżibuti.

Addis Ababa pełna jest małych i brzydkich centrów handlowych aspirujących do miana symboli buzującego kapitalizmu. Wyglądają jak prowincjonalne domy towarowe w małych polskich miastach. Trzeba jednak przyznać, że kawiarenki w Etiopii bywają całkiem na poziomie.

Wystarczy oddalić się 20km od miasta by zobaczyć kobiety noszące opał do wsi. Rzecz ma miejsce na ulicy pochylonej pod kątem 20stopni na wysokości 3.5 tys metrów.

Po opuszczeniu miasta łagodnie zjeżdżamy z Wyżyny Abisyńskiej do Doliny Ryftowej usianej wieloma jeziorami.

Asfalt się kończy. Wiemy, że następny zobaczymy za jakieś 1500 km, daleko w Kenii.

Południowa Dolina Omo to terytorium należące do kilku plemion. My przecinamy obszary zamieszkałe przez plemię Hamerów.

Niektórzy mają szczęście. Woda jest blisko wsi.

Większość rzek jest jednak okresowa i woda znika szybko po ustaniu opadów. Trzeba kopać by mieć co pić. W całej Etiopii do noszenia wody używa się żółtych kanistrów po oleju jadalnym (zgodnie z powszechnie stosowaną, choć może nie tak natchnioną, jak w Europie, ideą recyclingu).

Szczęśliwi, którym dana możliwość zrobienia prania.

Hamerowie.

Droga jest ok. Na szczęście nie pada.

Każdy przystanek owocuje zbiegowiskiem. Miejscowi wyłaniają się z pozornie pustego buszu, podchodzą, stają i patrzą milcząc. Może to trwać w nieskończoność.

To nie instalacja NASA. Domy Hamerów wykonane są z wszystkiego, z czego się tylko da. Podstawą są blacha i gałęzie.

Miks stroju plemiennego z piłkarskim bezrękawnikiem. Piłka to w Afryce religia.

Długo wyczekiwany most przez rzekę Omo kiedyś zmieni oblicze tej ziemi. Chwilowo rzeka jest nieprzekraczalna dla pojazdów. Dlatego musimy jechać offroadową wschodnią stroną jeziora Turkana.

Lusterka są obiektem zdecydowanie nie z tego świata, przykuwają uwagę dzieci na długo.


Awash

By | Etiopia | 15 komentarzy

Dziś mały reportaż z weekendowej wycieczki do Parku Narodowego Awash 🙂Droga z Addis Ababy do rezerwatu prowadzi przez wulkaniczne tereny doliny ryftowej.

Część trasy prowadzi przez… jezioro 🙂

Nasza pierwsza antylopa 😉

Termitiera.

Rano budzą nas hałasy. Małpy poszukują przysmaków w naszych śmieciach. Wylizują nawet puszkę po szpinaku, ale najbardziej cieszą je skórki z bananów 🙂

Głodomory nie znają strachu. W poszukiwaniu jedzenia wspinają się na auto i chętnie wskoczyłyby do środka.

Nasz pierwszy krokodyl… w rzece, nad którą spaliśmy 🙂

Wodospad Awash.

Czyjeś gniazdko…

Nie, żebyśmy byli zapalonymi ornitologami, ale…

Na kempingu odwiedzają nas też disneyowscy goście – guźce 😉


kościoły lalibela

Lalibela

By | Etiopia | 4 komentarze

Lalibela byłaby niewielką wioską, w której dopiero co wprowadza się program budowy sanitariatów, gdyby nie…

… słynne kościoły wykute w skałach. Wykute od poziomu gruntu w dół, czyli zrobione z jednego kawałka skały. 800 lat temu! Stety/niestety, część z nich przykryta jest dachami zafundowanymi dla ochrony przez Unię Europejską. Niemniej jednak, to najważniejszy zabytek Etiopii i punkt obowiązkowy podczas zwiedzania kraju.

Księża chętnie błogosławią i pozują do zdjęć. Wystarczy 1 birr.

Najbardziej fotogeniczny ze skalnych kościołów: Bet Giyorgis. Z poziomu gruntu widać tylko dach.

Kościoły są połączone labiryntem skalnych korytarzy.

Bębny obrzędowe.

Pielgrzymka 🙂 Łatwo poznać: w Etiopii ludzie udający się do kościoła okrywają się białą chustą.

Kościoły są w stałym użyciu. Niestety nieprawowierni, nie mogą uczestniczyć w mszach. Robimy przerwę na etiopską specjalność: soki owocowe tak gęste, że trzeba je jeść łyżeczką 🙂 Ten po lewej to miks banana, papai i awokado, po lewej cud sztuki sokowirowniczej – słodkie awokado z limonką.

Ruszamy w drogę do Addis Ababy. Główne drogi są dosyć dobre, świeża chińska robota. Drobnym utrudnieniem są stada bydła, które non stop spotykamy wzdłuż drogi – a właściwie na drodze 😉

Dla większości Etiopczyków kanalizacja to abstrakcja. Wodę nosi się z rzeki. Szczęśliwy kto ma osła. Reszta nosi na własnym grzbiecie. Najczęściej dzieciaki, które w tym czasie powinny siedzieć w szkole.

Część drogi wiedzie tak wysoko (ponad 3500 m n.p.m), że jedziemy w chmurach 🙂


Gonder i okolice jeziora Tana

By | Etiopia | 14 komentarzy

Granica Sudanu i Etiopii to przeskok do innego świata. Sudan to pustynia. Etiopia to spektakularne góry. Sudan to upał. Etiopia zaskakuje nas niskim temperaturami. W końcu mówimy o wysokościach od 2 tys. metrów wzwyż.

Sudan to przestrzeń. Etiopia to tłum. Natychmiastowy, tuż za granicą. Wzdłuż każdej drogi.

Mieszkańcy mijanych wiosek witają nas serdecznie, za to dzieci reagują autentyczną histerią. Potrafią przebiec ekspresowo pół pola, by podbiec do samochodu i machając ręką wykrzyczeć „Hello”, „You! You! You!” ale niestety często również „Money! Money! Money!”.

Część dróg to asfalt, część szutr, miejscami tarka. Mijane pojazdy wzbudzają tumany kurzu. Po kilku dniach takiej jazdy nasze auto wewnątrz ma pył w każdym zakamarku.

Także z uwagi na górskie serpentyny jeździ się ciężko.

Na początek zajeżdżamy nad jezioro Tana. To obszar, w którym zaczyna się malaria. My zaczynamy zażywać antymalaryki. Poza tym jest pięknie.

Nie ma obijania jeśli chodzi o mycie zębów. Nawet ci, których nie stać na plastikową szczotę, szorują świeżo ociosanym patykiem. Do kupienia na ulicy za 1 birra (ale dla nas cena była pewnie zawyżona).

Są też przyjemności. Po Sudanie, gdzie właściwie nie można było dostać alkoholu, na widok piwa cieszymy się podwójnie.

Próbą jest dla nas pierwszy, tradycyjny etiopski posiłek. Indżera, naleśnik ze sfermentownej mąki nie cieszy się sławą wyjątkowego przysmaku. Szczególnie, że wygląda jak brudna ściera. Jednak w towarzystwie pikantnego sosu i pikli daje radę 😉

Kawa w Etiopii do osobna historia. Etiopczycy są przekonani, że stąd własnie pochodzi. Urządzają ceremonie palenia, mielenia i parzenia kawy, i podają ją na wiele sposobów.

Czas w Etiopii płynie inaczej. Zarówno w metaforycznym, jak i bardzo dosłownym sensie. Tu doba zaczyna się wraz ze wschodem słońca, czyli o 6. Całkiem logiczne, prawda? Dla przykładu: nasza 10 to tutaj 16. Etiopia liczy też lata według kalendarza gregoriańskiego. Dlatego mają tu rok 2004. Rozumiecie więc teraz historię z etiopskim nowym rokiem, 12 września – dokładnie wtedy, kiedy chcieliśmy zdobyć wizę w ambasadzie w Berlinie 😉

Etiopia to kraj wyznawców kościoła ortodoksyjnego. Są też oczywiście muzułmanie i animiści, ale to chrześcijanie są najbardziej widoczni. Odwiedzamy ich kościoły i sprawdzamy, jak wyglądają cmentarze:

W naszym hotelu trafiamy na młodą parę, szykującą się do ceremonii zaręczynowej. Strzelamy pamiątkowe monidło 🙂

Nie, to nie Szkocja… Głównym zabytkiem Gonderu jest XVIII wiecznyt zamek 🙂

Sam Gonder nie jest może pięknym, ale za to przytulnym i zrelaksowanym miastem, gdzie ludzie przesiadują w kawiarniach i barach.

Niedaleko miasta jest punkt widokowy na góry Simen. Już wiemy, że nigdzie nie damy rady iść sami – gdy tylko wysiadamy z auta otacza nas chmara dzieciaków, które nie odstępują nas na krok przez cały spacer. Prowadzą nas sobie znanymi ścieszkami i z dumą pokazują żyjące w okolicy małpy.

Jedziemy dalej, kolejne twarze, kolejne pozdrowienia, kolejne widoki….


Z Wadi Halfy do Chartumu

By | Sudan | 8 komentarzy

1 granica. 2 ludzi i 1 auto. 7 dni załatwiania. Tak w skrócie można opisać nasza podróż z Egiptu do Sudanu.

Po prawie 2 tygodniach czekania, w sobotę stanęliśmy do walki o bilet na prom dla nas i miejsce na barce dla Disco. Liczba możliwych do przewiezienia samochodów niewielka, a chętnych sporo. W szranki stanęliśmy w towarzystwie biurokratycznego asystenta, który zaczepił nas pod hotelem w Asuanie oferując swoje usługi. Bo dostanie się na listę rezerwacji to jedno, ale to co dzieje sie później to zupełny kosmos. Urzędy od których potrzebujemy rozmaitych dokumentów pozwalających nam nadać auto promem odwiedzamy przez kolejne 2 dni. Policja, urząd transportowy, port, niekończące się okienka, kolejne pieczątki…

W niedzielę, znów wędrówki od naczelnika do kierownika, od kapitana, do sekretarza. Wreszcie, możemy zakwaterować auto na barce. Czujemy się, jakbyśmy wysłali dziecko na kolonie 😉

W poniedziałek nasza kolej. Prom odpływa po południu (dokładnej godziny nikt nie potrafi podać), ale na pokład wchodzimy już rano, żeby zająć najlepsze miejsca. Najlepsze, oznacza w tym przypadku dające choć trochę cienia. Lokujemy się pod łodzią ratunkową.

W międzyczasie obserwujemy załadunek egipskich towarów, na które czekają bazary całego Sudanu.

Podróż statkiem nie zwalnia naszych towarzyszy od wieczornej modlitwy.

Po nocy spędzonej na pokładzie budzi nas wschodzące słońce. Mamy szczęście, bo w tym samym czasie mijamy słynne egipskie świątynie Abu Simbel położone nad brzegiem jeziora Nasera. Gdyby nie to, że zostały rozebrane na kawałki i ponownie zmontowane wyżej, znajdowałyby się obecnie na dnie zbiornika, po zalaniu Nubii przez wody Nilu spiętrzone tamą asuańską.

Wtorek, wreszcie dopływamy. To jednak dopiero półmetek naszych zmagań. Schodzimy na ląd, auto dopłynie dopiero kolejnego dnia.

Wadi Halfa ? pustynne miasteczko, które żyje tygodniowym rytmem wybijanym przez przypływający i odpływający prom. Nie ma tu znanych nam hoteli, są lokandy. Domy z kilkuosobowymi pokojami, gdzie śpisz obok nieznajomych. Bez auta czujemy się bezdomni.

Oferta gastronomiczna też ogranicza się do paru lokali. Jemy m. in. u Shadii, która prowadzi restaurację z mężem.

Herbatę i kawę pija się na ulicy. Stolik, ławeczka i można prowadzić mały biznes.

Dla spragnionych w wielu miejscach wystawione są dzbany z wodą.

Na śniadanie mleczny napój z przyprawami i orzechami 🙂

Zabijamy czas włócząc się po okolicy. Jednym z kilku miejsc, gdzie można spokojnie przysiąść są otaczające Wadi Halfę wzgórza. Z nich obserwujemy życie miasteczka i jego mieszkańców.

I nad Nilem 🙂

Środa, barka z samochodami przypływa ok południa, jednak urzędnicy stwierdzają, że tego dnia nie ma co już odprawiać aut. Czekamy.

Czwartek, od 8 rano czekamy na urzędników w porcie. Okazuje się, że zostali zaproszeni na poweselne śniadanie. Zjawiają się dopiero koło południa. Pod wieczór w końcu jesteśmy wolni. Mocno skołowani, ale pełni ulgi zostawiamy za sobą Wadi Halfę i nocujemy na pustyni.

Kolejne 2 dni to jazda przez pustynię. Po drodze sudańska prowincja.

Mijamy obóz poszukiwaczy złota.

Trafiamy na nieznane nam rośliny.

Drogę dzielimy z Ulfem, Niemcem, który trasę podobną do naszej pokonuje udomowianą cieżarówką MAN. W Sudanie nie sprzedaje się alkoholu. Pozostaje popołudniowa herbatka 😉

Gość, podczas dzikiego kempowania 🙂

Po drodze odwiedzamy piramidy w Karimie.

Sudańskie kobiety, mimo obowiązującego w kraju szariatu, noszą się swobodniej niż arabki z krajów bliskiego wschodu. Przede wszystkim wybierają żywe kolory.

Z kolei mężczyźni chętnie noszą tradycyjne muzułmańskie nakrycia głowy.

W Sudanie wszystko wydaje się nietrwałe i tymczasowe. Skoro takie są domy żywych, zrobione z gliny i cegły błotnej, to tym bardziej miejsca pochówku.

Najważniejszy i najbardziej znany zabytek Sudanu to piramidy w Meroe, pozostałość po konkurującym swego czasu z Egiptem królestwie Kusz. Sudan nie należy do najczęściej odwiedzanych krajów świata, dlatego nawet takie miejsce można mieć tylko dla siebie.

W  niedzielę docieramy do stolicy. Pierwsze kroki w Chartumie kierujemy do wartsztatu, gdzie wymieniamy olej po 10 tysiącach przejechanych kilomertów 🙂

Chartum nie jest ani ładny, ani przyjemny. Tkanka miasta jest niejednolita. Widać, że miasto ma kompleksy wobec bardziej zamożnych arabskich i muzułmańskich krajów, czego dowodem są nieudolne próby postawienia budynku na miarę Burj Al Arab z Dubaju.


nil katarakta

Asuan

By | Egipt | 5 komentarzy

Nil to dla Egiptu być albo nie być. Od zawsze to on rządził państwem i tak pozostałoby do dzisiaj, gdyby nie tama asuańska. Reguluje ona nie tylko stan wody w rzece, ale dostarcza prądu dla całego kraju.

To obiekt do tego stopnia strategiczny, że zakazane jest filmowanie i używanie teleobiektywów 🙂

Za tamą rozpościera się największy sztuczny zbiornik wodny na świecie ? 500 kilkometrowe Jezioro Nesera. To właśnie przez nie przebiega jedyna dostępna dla obcokrajowców granica z Sudanem. To właśnie na prom przez to jezioro czekaliśmy 2 tygodnie, a bilety załatwialiśmy przez 2 dni, w 5 różnych urzędach.

Sam Asuan byłby raczej miastem średniej urody, gdyby nie malownicze koryto Nilu, pierwsza katarakta i wyspy na rzece. Najlepszy widok roztacza się ze wzniesienia górującego nad miastem.

Z asuańskiego bazaru: najpopularniejszy strój męski w tych stronach.

Ubiory może tradycyjne, ale bez maila nie ma życia 😉