All Posts By

Paweł Dunia

Amman

By | Jordania | 7 komentarzy

Przejazd przez Syrię był ekspresowy. Z uwagi na nieciekawą sytuację polityczną daliśmy sobie na to 1 dzień. Niestety nie mamy żadnych fot, bo aparat jako mienie zakazane, schowany był przemytniczo pod podłogą (razem z GPSem i komputerem). Niewiele też zobaczyliśmy, ale zakosztowaliśmy syryjskiej biurokracji. Dla zainteresowanych cytuję mistrzowsko spisaną przez chłopaków z WayAway Expedition instrukcję przekraczania granicy syryjskiej w 12 krokach:

„1. Idziesz pod okienko, w którym celnik daje Ci świstek do wypełnienia, na którym nie ma ANI JEDNEGO znaku poza arabskimi. 2. Wracasz do celnika od świstka, przy założeniu, że jest ok, każe Ci iść do banku.3. Jeżeli masz samochód z silnikiem diesla, wpłacasz do banku $236. Bankier oddaje ci ekwiwalent w funtach syryjskich podzielony na 2 kupki i 2 kwitki do wpłaty. Jedna na ubezpieczenie, druga na opłatę za diesla. 5. Bierzesz to wszystko i idziesz do okienka ubezpieczeniowego i wpłacasz pieniądze. 6. Drugą kupkę zostawiasz w okienku opłat za wjazd pojazdem mechanicznym ;P 7. Dostajesz potwierdzenia wpłat i zostajesz odesłany do pierwszego celnika od świstka po arabsku.8. Celnik od świstka mówi coś w stylu 'hola hola nie tak prędko’ i odsyła cię na zewnątrz do celników od kontroli pojazdów, żeby jeden z nich złożył swój podpis w Carnecie (taki paszport samochodu). 9. Znajdujesz celnika od kontroli pojazdów, dostajesz podpis, on ci zabiera ten arabski świstek i targa go mówiąc, że już jest niepotrzebny.10. Wracasz do celnika od świstka, dajesz mu podpisany Carnet, ale jego interesuje jeszcze świstek, który już nie istnieje. Przekonujesz go, że poprzedni celnik Ci go podarł na strzępy mówiąc, że się nie przyda. Celnik się uśmiecha, macha ręką, odrywa z Carnetu jeden ticket, podbija pieczątke na poprzednim podpisie i odsyła Cię do okienka obok.11. W okienku obok dajesz celnikowi Carnet, on wpisuje ID i jakieś dane do wewnętrznego rejestru i oddaje Ci Carnet.12. Teraz czeka Cię już tylko kontrola bagażu” 🙂

Po wjeździe do Jordanii spędziliśmy dzień w Jerash, ale oszczędzimy Wam zdjęć rzymskich ruin, które są atrakcją tego miasta 😉

Kolejnym punktem naszej trasy był Amman, dwumilionowa stolica Jordanii.

Jak recenzują w Lonely Planet, może być trochę rozczarowujący dla złaknionych orientu. Rzeczywiście, widać, że miasto aspiruje do miana nowoczesnej metropolii, co widać już po 2 wieżowcach i sporej ilości estetycznych kafejek w zachodnim stylu. My jednak stacjonowaliśmy jednak w starej części miasta, gdzie dominowały drobne sklepiki i warsztaty.

Zakład kaligraficzny.

Jeśli zastanawiacie się, co też muzułmańskie panie noszą pod tymi swoimi obszernymi szatami, to zerknijcie na wystawę sklepu z bielizną 😉

Widok z naszego hotelowego okna:

Tuż za hotelem trafiliśmy na stare kino. Ekipa przed wejściem zaprasza do zwiedzania leciwego gmachu i chwali się obszerną kolekcja plakatów filmowych:


Dumą Ammanu jest najwyższy na świecie, 127 metrowy, maszt z flagą. Wyższy mają tylko Koreańczycy z północy, ale wspierany linami, więc się nie liczy 😉

Na każdym kroku widoczny jest kult (sprawą dyskusyjną pozostaje czy szczery, czy narzucony) króla Abdullaha II.

Meczet Abdullaha (I) mogą odwiedzać również niewierni 🙂 Niewierne muszą przed wejściem wypożyczyć przyzwoity strój.

Pamiątkowe pocztówki i magnesy na lodówki są dla mięczaków 😉 Lepiej zagrać w karty z samym Saddamem 🙂

Jordania, jako kraina hummusu (pasty z cieciorki), fullu (pasty z fasoli) i falafela (klopsików z grochu) została zakwalifikowana jako wege friendly 🙂


To tylko awaria, czy znaki z niebios?

By | Turcja | 9 komentarzy

Co robić jeżeli nagle zorientujemy się, że znajdujemy się w środku tureckich gór, gdzieś między Istambułem a Ankarą, a wskazówka temperatury silnika napiera na maksimum skali? Należy otworzyć maskę, co jest międzynarodowym sygnałem awaryjnym. I rzeczywiście, w naszym przypadku poskutkowało pomocą, a przynajmniej jej usiłowaniem… Płyn chłodniczy całkowicie zniknął. Pracownik stacji benzynowej wręcza nam konewkę z wodą ze kranu. Z komunikacją nie ma problemu, opiera się ona bowiem na słowie „problem”, zaprzeczonym bądź potwierdzonym. Przy okazji herbata, poczęstunki, współczucie 🙂

Naiwne próby reanimacji za każdym razem kończą się tym samym: pacjent zwraca płyn. Czyli jednak: „problem”, z czym zgadzają się wszyscy zgromadzeni i co skutkuje telefonami do mądrzejszych, a w rezultacie wizytacją kogoś, kto przedstawiany jako mechanik, okazuje się zaledwie laweciarzem. Wie jednak dokąd jechać: najbliższe miasto, Duzce, warsztat zajmujący się autami 4×4. Diagnoza brzmi jak wyrok: uszczelka pod głowicą. Na szczęście posiadamy zapasową. Właściciel warsztatu kupuje nam coś do jedzenia, szuka hotelu, z czego ostatecznie rezygnuje i zabiera nas do siebie. Wieczór spędzamy z nim i jego żoną w ich sterylnie czystym domku na wsi. Bez słowa we wspólnym języku dogadujemy się w podstawowych sprawach.

Następnego dnia, pełni wiary w skuteczność działań mechaników, ruszamy dalej. Jedziemy do Syrii. Odprawa po tureckiej stronie, „Turcja żegna”. Wkraczamy na ziemię niczyją, a wskazówka temperatury podnosi się! Płyn chłodniczy pod wielkim ciśnieniem opuszcza układ chłodzenia. Pas ziemi międzygranicznej nie jest najlepszym miejscem na awarię. Auta psują się jednak we wszystkich krajach, dlaczego więc nie między krajami?

W Syrii strzelają do demonstrantów, Syria nie jest obecnie miejscem gdzie chcielibyśmy naprawiać samochód. Wracamy. Na przejściu biurokratyczna gehenna: nie da się wrócić do Turcji autem nie wjeżdżając uprzednio do innego kraju. Załatwienie sprawy trwa, kosztuje, ale wreszcie wjeżdżamy z powrotem. Najbliżej mamy do Reyhanli, niewielkiego przygranicznego miasteczka, gdzie żyje się z uprawy bawełny albo handlu paliwem przywożonym z Syrii (cena 3 x niższa niż w Turcji). O dziwo, natychmiast po zawróceniu i w trakcie 20 km powrotu wszystko działa wyśmienicie, silnik się nie grzeje, płyn nie próbuje ucieczki. Pojawiają się przypuszczenia, co do nadprzyrodzonego charakteru tych zdażeń 🙂 Co, jeśli to wyraźny tym razem sygnał: nie jedźcie?

Co zrobić w przygranicznym tureckim miasteczku z zepsutym autem? Ponownie zatrzymujemy się na stacji benzynowej i otwieramy maskę 🙂 Dalej rzeczy dzieją się same… Warsztat Mehmeta Uçkana według starożytnej tabliczki specjalizuje się w tureckiej marce Tofaş, a jednak w ciągu całego dnia przewija się tam dziesiątki aut od starych do najnowszych.

Panowie wymieniają pompę wody. Tę też, szczęśliwie, mamy w zapasie. Wieczorem wracamy na wybrzeże, znów przez góry, serpentyny, 150 km. Z autem wszystko w porządku. Trzeba odpocząć, jakoś przeżyć zwątpienie, szok i stres. Pocieszenia szukamy (i znajdujemy) w pogodzie. Temperatura: 35 stopni. Pomarańcze dojrzewają.

Kolejny dzień, 4 rano: pobudka, 150 km serpentynami na granicę, żadnej litości dla silnika, wszystko w porządku, chłodzenie działa. Odprawa graniczna, tym razem z pozdrowieniami od tych, którzy już nas tu znają. „Turcja żegna”, ponownie pas ziemi niczyjej. Bardzo spokojna jazda, a temperatura w górę! Zbiorniczek wyrównawczy serwuje gorący prysznic.

Auta psują się we wszystkich krajach, między krajami, czy jednak psują się 2 razy dokładnie w tym samym miejscu?? Celnicy po raz drugi anulują nasz wyjazd z Turcji, patrzą  już jednak na nas podejrzliwie. Powrót znów trwa i kosztuje. W poczuciu niezrozumienia całej sytuacji, wyzuci z resztek zdrowego rozsądku, wracamy do Reyhanli. Także tym razem natychmiast po opuszczeniu przejścia granicznego wszystko wraca do normy. Żeby pogłębić nasze poczucie zagubienia między przypadkiem, a interwencją nieznanych sił, w drodze do miasteczka, jak spod ziemi wyrasta mechanik, który dzień wcześniej wymieniał nam pompę wody… Zrozumiemy, jeśli nam nie uwierzycie, do tej pory sami nie wierzymy w tę historię 😉

Właściciel warsztatu wydaje wyrok: ponownie uszczelka pod głowicą. To znaczy, że jego poprzednicy z Duzce się nie wykazali… :/ Nie mamy więcej uszczelek głowicy. Zamawiamy w Ankarze. Będzie jutro. Pan Mehmet nalega, że zrobi nam to za darmo, a na noc jedziemy do niego. Zostajemy zasypani niebywałą ilością poczęstunków, napojów wszelakich, prezentów i skalą daleko posuniętej gościnności. U państwa Uçkan spędzamy dwie noce.

Śniadania, obiady, kolacje, cygara, nargile, turecka telewizja, wizyty kuzynów, sąsiadek, nocne przejażdżki po mieście, wizyta na polu bawełny, zabawa shotgunem (w Turcji łatwo o pozwolenie).

Nie wiemy jak rozumieć te zdarzenia. Walczymy z decyzją o powrocie do Polski, walczymy na tyle skutecznie, że postanawiamy zaatakować inne przejście z Syrią, tamto w Reyhanli zostawiając za sobą jako miejsce przeklęte 🙂

Przejeżdżamy przez Syrię w ciągu jednego dnia, na wieczór lądując w Jordanii.

PS. Dzięki za telefoniczne konsultacje dla Marcina Czernika z Land Loversów 🙂

PS.2 Zdjęcia są złej jakości, bo pochodzą z telefonu – aparat był schowany, gotowy pełnić rolę kontrabandy na granicy syryjskiej, gdzie wwóz tego rodzaju dóbr jest surowo zabroniony 😉

 

 

kapadocja skalne miasto

Kapadocja

By | Turcja | 5 komentarzy

Księżycowa kraina w środkowej Turcji. Tu, w skalnych osadach, mniej więcej od IV do XI wieku stacjonowali chrześcijanie. Część z domów zamieszkała jest do dziś. Po reszcie można się do woli włóczyć.

W drodze do Kapadocji zahaczyliśmy o mało znane miejsce, jezioro Tuz, o zasoleniu większym niż Morze Martwe. Gigantyczna połać soli 😉

 

 

Europa za nami

By | Polska-RPA | 4 komentarze

4 dni w trasie i Europę mamy za sobą.

Słowację przekroczyliśmy prawie niezauważenie.

Węgry przywitały nas sielankowymi obrazkami winnic. Wizyta w Tokaju uczyniła kompletnymi nasze zapasy prowiantu 😉

Pierwszy nocleg ? Oradea, tuż za granicą Rumuńską. Kemping Strandul cu Voluti, za jedyne 15 lei (15 pln) pozwolił nam zażyć mocno posezonowej atmosfery ? byliśmy jedynymi gośćmi, a sam ośrodek czasy świetności miał zdecydowanie za sobą.

Bukareszt ? pierwsza porażka. Hotel Muntenia już nie istnieje. Hostel Butterfly też. W Central Hostelu, Doors Hostelu, Midland Youth Hostelu i Cazare Hostelu są oburzeni, jeśli przyjeżdżasz w nocy przerywając sen recepjoniście i odsyłają z kwitkiem. Po odwiedzeniu tych wszystkich miejsc poddaliśmy się i skorzystaliśmy z gościnności sieci Ibis :/

Nesebar, bułgarskie miasteczko położone na Morzem Czarnym, ze starówką dla fikuśności usytuowaną na wyspie połączonej mostem ze stałym lądem.

Old ancient city, jak je się tu rozreklamowuje, chełpi się 3 tysiącami lat historii, jednak mocno pachnie fuszerką. Jaki archeolog zostawia starożytne dzbany w zasięgu stopy przypadkowego przechodnia? No chyba, że to znalezisko na miarę tego, które ostatnio zaprezentował Putin 😉

Ciekawym, miejscowym zwyczajem, jaki wypatrzyliśmy na drzwiach domów, jest wywieszanie zaproszeń na wspominki zmarłych.

Turcja. Rachunek jest prosty. Paliwo w Bułgarii ok. 5,40 pln, w Turcji 6,70 pln. Tuż przed granicą przezornie napełniamy bak i 3 kanistry. Wizy, pieczątki, kontrola bagażu… Bezwzględny i nieprzekupny pogranicznik informuje nas, że wpuszcza tylko z 1 kanistrem. 2 pozostałe, 40 litrów, zgrzytając zębami, wylewamy we wskazanym miejscu pod płotem…

Wieczorem – dla równowagi w przyrodzie – fart. Kemping Semizkum w Silivri nad Morzem Marmara, nie tylko działa, ale za 5 ? pozwala nam spać przy samej plaży. Kolacja: arbuz prosto z… pola 🙂

PS. Dziękujemy Radkowi Bartlerowi za kopa na start w postaci 100L paliwa w prezencie 🙂

Spontaniczna decyzja i… 2 lata przygotowań

By | Polska-RPA | 26 komentarzy

Skąd pomysł na podróż samochodem przez Afrykę? W grudniowy wieczór, tuż po powrocie z Wietnamu już się zastanawialiśmy gdzie wyruszyć następnym razem. Gdy padło hasło ?Afryka?, zaświeciły nam się oczy… Kolejny pomysł jeszcze bardziej zdziwił nas samych: to może? autem??  I tak, od słowa do słowa, Paweł kupił pierwszy w życiu samochód, starego Land Rovera Discovery, a Natalia zapisała się na prawko 🙂

Ze względu na koszty i średnią dostępność w Afryce, postanowiliśmy, że znaczną część noclegów zapewni nam nasze Disco. Spanie w samochodzie przez pół roku? Czemu nie! To wymagało drobnej przebudowy auta 😉 Poniżej dokumentacja zabaw P. w Adama Słodowego. Przy okazji dziękujemy Lechowi Duni, Tacie, który radą, pomocą i garażem wspierał budowę naszego łóżka ? szafy.

spanie w aucie - Land Rover DiscoveryDziś, po prawie 2 latach, mamy finał przygotowań. Potrzeba, matka wynalazków, podpowiedziała nam między innymi takie rozwiązania jak zasłonka prysznicowa z podbieraka wędkarskiego i plandeki:
Jeszcze tylko naklejka z naszą trasą na maskę i ruszamy w drogę!
Dziękujemy naszym rodzinom i przyjaciołom za kibicowanie naszej wyprawie. Obiecujemy robić dużo zdjęć i wszystko Wam relacjonować. Następny wpis już z trasy 🙂

Lembata, Lamalera

By | Lądem do Indonezjii

Do Lamalery dostac sie mozna tylko jezdzaca raz dzienne „osobowa ciezarowka”.

Lamalera to ostatnie na swiecie miejsce, gdzie lowi sie wieloryby recznie, tradycyjnymi bambusowymi harpunami. Rocznie udaje sie schwytac 15-25 sztuk waleni i orek.

Kazda rodzina starannie przechowuje lodzie uzywane przez przodkow.

Najpopularniejszy typ architektury mieszkalnej.

Sezon na wieloryby sie skonczyl, codziennie jednak wylawia sie wielkie ryby.

Tym razem „tylko” rekin mlot.

Duze kosci poniewieraja sie po wiosce i plazy.

Miesem dzieli sie cala wioska. Podstawowym sposobem jego konserwacji jest solenie i suszenie. Czasem trafi sie rowniez mieso zolwiowe, tu widoczna jest pozostala po nim skorupa.

Wieczorem plaza sluzy jako miejsce spotkan i boisko.

Mezczyzna w tradycyjnym ikatowym sarongu.

Flores, Lewoleba

By | Lądem do Indonezjii | No Comments

W portowych miasteczkach zycie toczy sie wokol lodzi.

Raz na miesiac lub dwa tygodnie przyplywa wiekszy, panstwowy prom, bedacy jedyna poza samolotami forma trasportu do odleglych wysp.  Lokalne, mniejsze lodzie operuja na  krotszych trasach, sa jednak czestsze.

Od Pana Alberta, koczujac w porcie, dowiedzielismy sie o wynikach wyborow w Stanach.

Dziewczeta z wyspy Solor.

W krajobrazie dominuja dzungla i wuklany.


kelimutu jeziora

Flores, Kelimutu

By | Lądem do Indonezjii | No Comments

Kelimutu to zespol trzech jezior kryjacych sie w kraterze wulkanu. Okresowo, z powodu zmieniajacego sie stezenia mineralow, ich wody zmieniaja kolory.

Przyjezdza sie tu na wschod slonca. Kratery sa jednak zaciemnione i na lepsze swiatlo trzeba poczekac kilka godzin.

Wymiana zdjec z nieznanej prowiniencji delagacja w eskorcie policji.

Ukryty w dzungli wodospad, pelni funkcje lazni dla wioski i zarazem placu zabaw dla dzieci.

Wioska.

Flores, Bena

By | Lądem do Indonezjii | No Comments

Bena jest najwieksza i najczesciej odwiedzana przez turystow wioska w tej okolicy. Dorobila sie sklepu z coca-cola i asfaltowej drogi.

Mimo tego symboliczne totemy sa w stalym ceremonialnym uzytku.

Megalityczny stol ofiarny uzywany podczas ceromonii skladania bawolow w ofierze przodkom. Odbywaja sie one z okazji budowy domu lub wydarzen rodzinnych takich jak narodziny, wesele, pogrzeb.

Tradycyjne zdobienie domow.

Mlodziez, nawet jesli nie chce uciekac do miast, potrzebuje powiewu nowoczesnosci.

Kwiat bananowca.

Bambus to podstawowy material budowlany.

Gunung Ineri, najwyzszy wulkan Flores. MIejscowa ludnosc dzieli wulkany na meskie i zenskie. Ineri jest kobiecy.

Jego meskim odpowiednikiem jest wulkan Ebulobo.

Jesli sa wulkany, to sa i gorace zrodla.

Flores, Luba

By | Lądem do Indonezjii | No Comments

Na Flores mimo intensywnej pracy chrzescijanskich misjonarzy, zachowaly sie jeszcze enklawy animistycznych wierzen. Wioski ukryte sa w dzungli lub jak tutaj, w bambusowym lesie.

Dla mieszkancow najwazniejsza jest stala obenosc przodkow, czy to w postaci chrzescijanskich grobow, czy tradycyjnych totemow.

Widoczna na pierwszym planie „chatka” symbolizuje zenska galaz klanu, zas parasolowate konstrukcje za nia meskich przodkow.

Miejscowa ludnosc nie chce zamieniac swych chat z naturalnych materialow na murowane, gdyz uwaza je za zimne i niezdrowe.

W wiosce spotykamy glownie kobiety, mezczyzni za dnia pracuja w polu.

Jedna z nielicznych, ale za to popularnych uzywek jest zucie betelu.

Niektorzy zuja intensywniej …

Wioska jest samowystarczalna, wiekszosc produktow powstaje na miejscu.