All Posts By

Paweł Dunia

malezyjska dżungla

Dżungla vs palmy

By | Malezja

Kiedyś Półwysep Malajski porośnięty był pierwotną dżunglą. Dziś obszarów, których nie dotknęła jakakolwiek ingerencja człowieka pozostało niewiele – tak w Malezji, jak i na całym świecie.

Dżungla dżungli nie równa – tropikalny las nizinny różni się od wyżynnego, pierwotny różni się od wtórnego. To wymaga wprawnego oka, którego rzecz jasna na początku nam brakuje. Dowiadujemy się, że pierwotna dżungla to wielkie drzewa, których korony tworzą parasol dopuszczający mało światła do dolnych partii. Wtórna, a więc taka, która wyrosła samoistnie po zniszczeniu tej pierwotnej, jest gęstsza i bardziej niedostępna. Ma mniej wielkich drzew, dzięki czemu światło dociera niżej i dolne partie rozwijają się z szaloną intensywnością tworząc gęstwinę trudną do wyobrażenia.

Pierwszy kontakt z lasem tropikalnym w Malezji, to dla nas Cameron Highlands – wzgórza o wysokości dochodzącej do 1600 m n.p.m. Dziś to miejsce odpoczynku i weekendowych wypadów Malezyjczyków, niegdyś stacja górska – czyli enklawa pozwalająca, z racji wysokości, znaleźć wytchnienie od tropikalnego klimatu. W zakładaniu takich stacji specjalizowali się za czasów kolonialnych Anglicy.

Trekking w takim gęstym lesie deszczowym może być jednak męczący – mimo wysokości jest gorąco i duszno, a podejścia bywają strome.

Wyżynne tereny oznaczają także obecnośc wodospadów.

Anturium – znane z kwiaciarni, tu w stanie dzikim.

W poszukiwaniu pierwotnej dżunglii odwiedzamy jedno z nielicznych miejsc w Azji gdzie zachowano pod ochroną nieco tego prastarego lasu. Park Narodowy Taman Negera.

Jest to las położony na nizinach, do którego dotrzec można łodzią.

Orang Asli – czyli pierwotni mieszkańcy tych ziem. Byli tam zanim przybyli Malajowie. Dziś stanowią tylko 0.5% populacji kraju, trzymają się na uboczu, żyjąc w lasach z dala od miast.

Baza wypadowa do Parku to miasteczko Kuala Tembeling – z charakterystycznymi pływającymi restauracjami. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się park.

W lesie deszczowym nie ma wiatru, jest niesamowicie gorąco i wilgotno. Pot leje się strumieniami, a jednak lepiej ubrac coś z długim rękawem, spodnie i koniecznie wysokie buty lub przynajmniej długie skarpetki gustownie naciągnięte na spodnie 😉 To ochrona przed pijawkami, które są wszędzie. Pijawki nie przenoszą chorób, ale ich usunięcie jeśli już ugryzą nie jest łatwe ani przyjemne.

Przytłoczeni niesamowitą ilością roślin w każdej możliwej formie musimy się zatrzymywać, by zauważyc detale z jakich składa się ten las. Inaczej byłby dla nas tylko ścianami zieleni po obu stronach ścieżki.

W kolorystykę dżungli wtapiają się także zwierzęta. Tu żaba, Narożnica nosata.

Modliszka, którą ewolucja upodobniła do orchidei.

Taman Negara daje także unikalną możliwośc zmiany perspektywy i obejrzenia lasu deszczowego szerszym okiem – z góry. W koronach drzew, na wysokości do ok. 50 m zainstalowano linowe „ścieżki”.

 

Za oknem naszego hotelu, mimo, że znajdujemy się w miasteczku, zielona gęstwina też przypomina tę z dżungli.

Dżungla w Malezji to jednak przeszłość. Dziś kraj jest porośnięty na znacznym procencie powierzchni plantacjami palmy olejowej, której monokultura zaczyna byc groźna dla równowagi w przyrodzie tego regionu. To ważna gałąź gospodarki, opłaca się nawet importować żywność, przeznaczając ziemię pod jej uprawę.

Plantacje to gęste równiutko obsadzone dużymi masywnymi palmami „lasy”. Dla niewprawnego oka wyglądają podobnie jak dżungla, gdyż grube pnie palm zawsze szczelnie porastają paprocie.

Owoc palmy służy do wyrobu oleju palmowego wykorzystywanego na całym świecie do produkcji kosmetyków lub jako biokomponenty do paliw.

By przyjrzeć się z bliska najmniejszym przedstawicielom malezyjskiej fauny odwiedzamy „farmę motyli” w okolicach Georgetown. Niektóre zaskakują wielkością 🙂

Są też takie miejsca gdzie żaden owad nie może czuc się bezpieczny 🙂


Szlakiem miejskich rozrywek…

By | Malezja

Od zawsze jesteśmy zdania, że odwiedzanie sklepików, centrów handlowych i bazarów to podstawa zwiedzania miasta. To jak wygląda handel i to czym się handluje mówi wiele o kraju i jego mieszkańcach.

Loteria to jedna z ulubionych rozrywek Tajów. Oddają się jej nawet mnisi buddyjscy. W Bangkoku można trafić na całe bazary skupiające sprzedawców losów.



Czekając w prowincjonalnym miasteczku Chumphon na pociąg do Malezji zaliczamy wizytę w miejscowej księgarni. W głębi jest widoczny mały, sklepowy ołtarzyk – według miejscowych podstawa powodzenia handlu.

i sączymy piwo podziwiając (jako jedyni 🙂 ) występ wokalny.

Malezja to kraj w którym dominuje Islam. Ma to swoje odzwierciedlenie na wystawach sklepów odzieżowych.

Ale zarówno w wielkich centrach handlowych, jak i maleńkich butikach znajdziecie wszystko, czego zachodnia dusza może zapragnąć. Tu na przykład sklep wyłącznie z butami do tańca towarzyskiego.

Również oferta kosmetyków jest bardzo szeroka. Tych męskich nawet szersza niż u nas 🙂

Swój look można uwiecznić na fantazyjnych zdjęciach w zakładzie fotograficznym.

Choć można się natknąć na zakazy handlu obwoźnego, to właśnie stragany i straganiki są tu podstawą handlu.

Grunt to dywersyfikacja biznesu ? pół straganu oferuje nagrobki, pół  warzywniak.

W Kuala Lumpur można skorzystać zarówno z tradycyjnych?

…jak i dosyć podejrzanych usług.

Zamiast chować pieniądze w turbanie, lepiej je wpłacić do banku 🙂

By tropikalny deszcz nie przeszkodził w zakupach, główna uliczka handlowa w Kuala Lumpur została zadaszona.

Z okna naszego hotelu obserwujemy życie bazaru.


korek w bangkoku

Miasto

By | Malezja

Początek naszej trasy to Bangkok, stolica Tajlandii. W tym mieście byliśmy już kilkukrotnie, bo stanowi jeden z głównych w tej części świata hubów – lotniczych portów przesiadkowych. To stąd, po przylocie z Europy, możemy kontynuować podróż do wielu krajów Azji południowo-wschodniej tanimi liniami, np. Air Asia. Ceny biletów zazwyczaj nie przekraczają kilkudziesięciu dolarów.

To przede wszystkim miasto ogromnych kontrastów, m. in. architektonicznych.

Wszechobecna plątanina szyldów i przewodów.

Gigantyczny ruch od rana do późnych godzin nocnych. Centrum jest zdominowane przez estakady Skytrain’u – naziemnej kolejki miejskiej.

Policja turystyczna czuwa.

Bangkok położony jest nad rzeką Chao Phraya.

Przecina go też wiele kanałów.



Dom nad kanałem.

Głową państwa jest król Bhumibol Adulyadej. Zasiada na tronie od 1946 roku i jest najdłużej panującym monarchą na świecie. Otacza go niemal boski kult, jego portrety są eksponowane na każdej ulicy, w każdym sklepie czy warsztacie. Tu zdjęcie z żoną, królową Sirikit Kitiyakara, z czasów młodości.

Świątynie w kompleksie Pałacu Królewskiego.



Pałac Królewski

Strażnik przed Pałacem Królewskim

Inny żelazny punkt podczas zwiedzania miasta – Wat Arun – Świątynia Świtu.

Jej ściany są udekorowane potłuczoną porcelaną, która używana była jako balast w łodziach krążących między Chinami a Tajlandią.

Kult Hello Kity jest wszędzie 🙂


A tu już wieczorny spacer po George Town na wyspie Penang w Malezji. Ta mocno zurbanizowana wyspa jest pierwszym miejscem, które odwiedzamy w tym kraju. W tym multikulturowym mieście z kolonialną architekturą sąsiadują hinduskie świątynie, stare chińskie domy i nowoczesne apartamentowce.

Można się skusić na nocleg w Białym Domu 😉

Wiele starych chińskich domów ma daty wzniesienia na swoich fasadach.




Takie znaki wyjaśniają nazwy ulic w zabytkowym Chinatown.

Świątynia w części hinduskiej.

Proton ? malezyjski wkład do motoryzacji.



Cameron Highlands to weekendowy kurort na kształt naszego Zakopanego. Jego architektura to malezyjskie marzenie o Szwajcarii 🙂

Malunki na budynku szkoły w okolicach Cameron Highlands pokazują wartości i wizję kraju wpajane dzieciakom.

Kuala Lumpur, stolica Malezji. Najbardziej charakterystycznym punktem miasta są Petronas Towers ? siedziba tamtejszego Orlenu. Liczą 452 metry wysokości.

Te dwa drapacze chmur są połączone mostem o długości 58 m na poziomie 41. i 42. piętra.



Wystrój windy zapowiada wysokość na jaką zajedziemy 🙂

To jedyny budynek na świecie, który można sfotografować będąc w jego wnętrzu. No dobrze, jego bliźniaka?

Widok na inne okoliczne wieżowce pozwala ocenić i docenić wysokość.

Wycieczka szkolna prosi o wspólną fotkę 🙂

Teren wokół Petronas Towers jest bardzo dobrze zaprojektowany. Piękny park otaczają świetne architektonicznie wieżowce.

W parku znajduje się ogólnodostępny basen.

Malezyjskie nastolatki.

Wszyscy fotografują się przed wieżami. Nawet buddyjscy mnisi 🙂

Widok z naszego hotelu. Zdecydowaliśmy się na wersję „Deluxe”, która od „Standard” różniła się obecnością w pokoju… okna.

Ulica Jalan Petaling to główna oś bazaru. By monsunowe deszcze nie przeszkadzały w zakupach, osłonięta jest dachem.

W Kuala Lumpur działa i to świetnie, rozbudowany system komunikacji miejskiej. Możemy podróżować metrem, kolejką naziemną, autobusami i taksówkami.

Architektura Kuala Lumpur jest baaardzo eklektyczna.


Plan podróży

By | Malezja

Tym razem na naszą podróż trwała trzy tygodnie. Przed wyjazdem nie mieliśmy czasu, by się odpowiednio przygotować, trasę wymyślaliśmy więc spontanicznie. Generalne założenie: przesuwamy się z północy na południe, z Bangkoku do Kuala Lumpur.  Trochę zwiedzamy, trochę leniuchujemy.

Nasza trasa:

Bangkok. Do stolicy Tajlandii przylecieliśmy Qatar Airways prosto z Warszawy. Od jakiegoś czasu Polacy nie potrzebują wizy turystycznej 🙂

Koh Tao. Na tę tajską wyspę próbowaliśmy dostać się na nią już kilka lat temu podczas naszego pierwszego pobytu w tym kraju. Niestety, wtedy wzburzone morze nie pozwoliło nam na nią dopłynąć. Tym razem udało się bez problemu 🙂

Penang. Dalej na południe, do Malezji dostaliśmy się pociągiem, a następnie busem. Granicę przekroczyliśmy w Bukit Kayu Hitam. Tu również wizy nie są od nas wymagane. Pierwszym przystankiem była wyspa Penang ze słynnym George Town.

Cameron Highlands. Jak nazwa wskazuje jest to region górzysty, co wiąże się z niższymi temperaturami (ok. 25 stopni Celsjusza w dzień). Malezyjczycy tłumnie przyjeżdżają tu, więc na weekendy i wakacje, żeby odpocząć od upałów.

Perhentian. To drugie na naszej trasie tropikalne wyspy. Są o wiele mniejsze, bardziej kameralne i spokojne od tajskich. Dzięki temu otaczające je rafy koralowe są w znacznie lepszej kondycji.

Taman Nengara. Park Narodowy chroniący resztki dziewiczej malezyjskiej dżungli.

Kuala Lumpur. Stolica Malezji. Nowoczesne miasto i niesamowita mieszanka kulturowa. Stąd wracamy do Bangkoku budżetową linią Air Asia.

Samochodem przez Afrykę

Afrykańskie opowieści w Warszawie

By | Polska-RPA | 5 komentarzy

Wszystkich fanów naszego bloga zapraszamy na obiecane afrykańskie opowieści na żywo! Widzimy się w niedzielę 22 kwietnia 2012 o godz. 19:00 w klubie Balsam ul. Racławicka 99 (Forty Mokotów) w Warszawie. Disko już dopłynęło, mamy nadzieję, że też się doturla 🙂 Będzie okazja do odpowiedzi na wszystkie Wasze pytania 🙂

Spotkanie organizuje portal Passion4Travel.pl, który wiernie nam kibicował od czasu przygotowań do wyprawy.

Do zobaczenia,
Natalia i Paweł

Cape Town i wybrzeże

By | RPA | 32 komentarze

Dobrze pamiętamy dzień, kiedy przygotowywaliśmy naklejkę na samochód z trasą naszej wyprawy. Trudno nam uwierzyć, że już nadszedł moment naklejenia ostatniej kropki! W tym wpisie zapraszamy Was do podróży po wybrzeżu RPA i na najbardziej wysunięty na południe punkt Afryki, który był celem naszej wyprawy.

'Hole in the wall’ to miejsce, które spokojnie można zaliczyć do naturalnych cudów świata. Dowiedzieliśmy się o nim od turystów z RPA, nasz przewodnik w ogóle o nim nie wspominał!

Wybrzeże usiane jest miasteczkami. Najczęściej położone są one u ujść rzek.

Spektakularnych miejsc noclegowych też nie brakuje. Tu jeden z naszych kempingów:

Widok z naszego okna/auta 😉

Prawdziwą perła w koronie wybrzeża RPA jest Cape Town (zwane też Kapsztadem) leżące u stóp Góry Stołowej.

Z niej też rozciąga się najlepszy widok na miasto.

Góra Stołowa widoczna jest z wielu punktów miasta i często niespodziewanie wyłania się w tle 🙂

Zuchy drałują na górę piechotą, my wjeżdżamy kolejką linową 😉

Widoki z wysoka:

Stadion wzniesiony na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 2010 roku.

Wzgórze 'Lion’s Head’.

Szczyt góry stołowej jest rzeczywiście płaski jak stół:

Centrum miasta wygląda jak europejska stolica. Z jedną, przykrą różnicą – podczas gdy w Warszawie, Paryżu czy Berlinie można spacerować wieczorami po ulicach i korzystać z życia nocnego, tu przed zachodem słońca ulice pustoszeją z powodu ogromnej przestępczości. Mimo, że mieszkańcy RPA twierdzą, że to i tak najbezpieczniejsze z wielkich miast tego kraju. Na głównej turystycznej ulicy wypuszczamy się tylko do najbliższych restauracji i barów w pobliżu hotelu.

Robben Island u wybrzeża Cape Town – wyspa zesłania więźniów politycznych. Najsłynniejszym z nich był Nelson Mandela, który spędził tu 18 lat.

Cela, w której więziony był Mandela dziś jest najważniejszym punktem zorganizowanych wycieczek (nie można zwiedzać wyspy indywidualnie). Czasami przemysł turystyczny tworzy wynaturzone zjawiska: w sklepach z pamiątkami można kupić nawet magnesy na lodówkę ze zdjęciem celi!

Kamieniołom w którym pracowali więźniowie. Jak usłyszeliśmy od przewodnika, z powodu uszkodzeń wzroku, których się tu nabawił, oczy Mandeli ponoć nie mogą produkować już łez…

Odwiedzamy też Muzeum Dystryktu Szóstego, jednej z zamieszkałych przez czarnoskórą społeczność dzielnic Cape Town. Podczas Apartheidu została całkowicie wysiedlona i zrównana z ziemią. Poniżej przykłady tablic ilustrujących legalne podziały rasowe w tamtym czasie:

Dziś nie ma już oficjalnych podziałów rasowych, ale białych i czarnych dzieli przepaść ekonomiczna. Poniżej zdjęcie jednego z 'townships’ –  całych miasteczek slumsów zamieszkałych przez czarnych.

Cape Town ma urozmaiconą i długą linię brzegową.

Opływa je zimny prąd mamy więc okazję odwiedzić kolonię pingwinów 🙂

Latarnia morska na Cape Point.

Przylądek Dobrej Nadziei. Choć słynny, nie jest najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki.

Tak naprawdę naszym celem jest Przylądek Igielny:

Tu jest koniec Afryki! Tu spotykają się dwa oceany: Atlantycki i Indyjski.

Dalej jest już tylko Antarktyda 😉

Po pół roku drogi zasłużyliśmy na szampana 🙂

Świętujemy! Dziękujemy, że towarzyszyliście nam podczas wyprawy! Pozdrawiamy!


Lesotho

By | RPA | 8 komentarzy

RPA ma wszystko: spektakularne wybrzeże, niesamowite góry i piękne równiny. Tym razem z kempingu na farmie u stóp Gór Smoczych wyruszamy na najwyższą przełęcz południowej afryki – Sani Pass – bramę do górskiego królestwa Lesotho.

Ta trudna i niebezpieczna droga jest dostępna wyłącznie dla pojazdów 4×4.

Nawierzchnia jest mocno skalista.

Większość drogi biegnie po wąskiej półce skalnej.

Dominują zakręty o 180 stopni, miejscami bardzo ciasne 😉

Widoki wynagradzają jednak wszystko 🙂

Rzut oka na przejechaną trasę:

I nagroda po jeździe pełnej adrenaliny 😉

Tu poznajemy Peet’a i Louis’a. Spędzamy razem cały dzień rozmawiając o realiach życia w RPA.

Lesotho wita sam ogromnym kontrastem w stosunku do RPA.

Młody pasterz.

Schronienie pasterskie.

Chata może z kamienia i słomy, ale prąd z baterii słonecznej jest. Bogactwem Lesotho jest jednak woda, dlatego próbuje się tam stawiać na hydroenergetykę budując największe w południowej afryce tamy.

Głównym środkiem transportu w Leshoto są konie.

Gdyby ktoś jednak miał samochód myjnię też da się znaleźć 😉

Kopalnia diamentów.

Wioska.

Ludzie w RPA są dla nas niesamowicie mili. Mnóstwo razy byliśmy zapraszani na piwo, żeby była okazja do pogadania. Tu widok z domku nad jeziorem, w którym pani zarządzająca kempingiem pozwoliła nam zanocować, choć płaciliśmy tylko za pole namiotowe 🙂

Takie już mamy szczęście na tym wyjeździe, że najlepsze doświadczenia z ludźmi zdarzają się, gdy mamy największego pecha z autem. Pamiętacie kłopoty z Turcji? Tym razem jedna z najpoważniejszych możliwych awarii – śmierć uszczelki pod głowicą zdarzyła nam się na totalnym odludziu, w lasach, pod następującym znakiem:

Mocno zestresowani zajechaliśmy na najbliższą farmę.

Pokoje gościnne były tu dla nas o wiele za drogie, ale Colette, właścicielka farmy stwierdziła, że nie pozwoli byśmy spali w aucie i zakwaterowała nas za darmo.

Znaleźliśmy bezpieczny azyl, ale z pewnością nie było to miejsce dobre do naprawiania samochodu…

Ratunek przyszedł z niespodziewanej strony. Przypomnieliśmy sobie, że Peet podczas rozmów w Leshoto wspomniał, że jest mechanikiem specjalizującym się w silnikach diesla i na co dzień serwisuje pojazdy rozminowujące tereny w Afganistanie! Zadzwoniliśmy do niego i wyobraźcie sobie, że nasz anioł stróż nie tylko zgodził się przyjechać do nas 300 km w jedną stronę, ale naprawił nam auto i nie chciał za to ani grosza, nawet zwrotu kosztów paliwa!

Co całodziennej zabawie w wymianę uszczelki mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Mimo wielkiego stresu zapamiętamy przede wszystkim bezinteresowną życzliwość ledwo poznanych ludzi.


Kalahari i Kruger

By | RPA | 16 komentarzy

Dumą RPA są parki narodowe. Wybieramy z nich dwa skrajnie różne: położony na uboczu i rzadko odwiedzany park na Pustyni Kalahari (Kgalagadi Transfrontier Park) oraz najsłynniejszy i najbardziej oblegany park Kruger.

Na Kalahari przyjechaliśmy specjalnie, żeby zobaczyć surykatki 🙂

Podobną do nich mangustę żółtą też często można spotkać na tych terenach.

Okolica wyraźnie odpowiada gryzoniom. Po dość długiej potyczce wiewiórka skutecznie przepędza kobrę przylądkową ze swojego terytorium.

Wielokrotnie, w różnych parkach usiłowaliśmy wytropić lwa rodzaju męskiego…

To udało się w Krugerze. Lwy same wyszły nam na spotkanie podczas przejażdżki o wschodzie słońca 🙂

Ten lew może wygląda dostojnie… Co jednak robi o świecie na drodze? Oznaczają z kolegą swoje terytorium. Wiadomo czym… 😉

Kalahari tak naprawdę nie jest pustynią. Według geologiczno-meteorologicznych reguł spada tu zbyt wiele deszczu. Długie, niskie wydmy porastają trawa i drobne krzewy.

W dolinach rzek jest całkowicie zielono.

Tymczasem Kruger to przekrój przez wszystkie ekosystemy południowej Afryki (z wyjątkiem pustyni właśnie). Poniżej mix sawanny z buszem 😉

Suche koryto okresowej rzeki.

Za to w okolicy koryta rzeki Sabie wciąż widoczne są ślady niedawnej powodzi. Turystów ewakuowano ponoć helikopterami.

Często pytacie i dziwicie się, jak udaje nam się podejść zwierzęta tak blisko. Do tropienia zwierzyny trzeba jednak mieć szczęście. Parę razy go nie mieliśmy – zwierzęta potrafią się niesamowicie maskować. Ten lew wylegiwał się za krzakiem jakieś dwa metry od nas. Cudem go wypatrzyliśmy, po czym ziewnął, ułożył się do drzemki i tyle było widać.

Ten gepard wskoczył nam właściwie pod koła. Niestety, nim zdążyliśmy wyjąć aparat, to najszybsze zwierzę świata (potrafi biec z szybkością 120 km/h) było już daleko…

Czekanie aż hipopotam wyjdzie z wody może za to trwać niemiłosiernie długo…

W tropieniu pomocne są tablice, na których można zaznaczać na mapie ostatnie „spotkania”. Jedynym zwierzęciem, którego się nie odnotowuje (w Krugerze, na Kalahari nie występują) są nosorożce. To z powodu kłusowników, którzy co roku potrafią zabić nawet sto sztuk.

Jednym z najrzadziej występujących zwierząt jest likaon – my spotkaliśmy całe stado! Trudniej wypatrzeć tylko leoparda. Jak widać (czy raczej nie widać) nam się nie udało…

Kob śniady:

Starcie oryksów.

Przyszły byk impali.

Rzadkie dzioborogi kafryjskie.

Coś jak nasze szpaki 🙂

Niezidentyfikowany obiekt latający – na nasze potrzeby półsowa 😉

Gniazdo wikłaczy. Potrafi pomieścić całą kolonię ptaków.

Czasami przesadzają z rozbudową 🙂

Zwierzęta rzeczne to osobna historia. W środkowej części zdjęcia zad hipopotama 😉

Mieszkańcy RPA są mistrzami kempingu. Stawiają niesamowite twierdze z przyczepy, namiotu, dodatkowych parawanów, daszków i przedsionków. W środku kuchenki mikrofalowe, lodówki, zamrażarki, telewizory i Bóg wie co jeszcze.

Narodowym sportem jest tu braai, czyli pieczenie mięsa na otwartym ogniu. Rano, w południe i wieczorem. Przyciąga to do kempingu zwierzęta, poniżej hiena cętkowana:

Na nasze poranne kanapki z serem skusiły się za to małpy. Wystarczyło odwrócić się na sekundę, by sprawdzić czy woda na kawę się gotuje 😉

Jeździć i kempować można na wiele sposobów. Tu wóz rodzinki z Holandii, która z trójką dzieciaków jest w rocznej podróży przez Afrykę 🙂


fish river canion

Kanion Fish River

By | Namibia | 10 komentarzy

Kanion Fish River rywalizuje z etiopskim Blue Nile Gorge o miano drugiego największego na świecie po Wielkim Kanionie Colorado w USA. Namibijski jest dłuższy i szerszy, ale etiopski głębszy 😉 Tak czy inaczej kanion jest ogromny 🙂 Wije się przez ok 160km, jest szeroki na 27km i głęboki na ponad 500m. Wbrew nazwie „rzeka rybna” nie jest specjalnie zasobna w faunę,o ile w ogóle jest,  bo woda płynie tylko przez krótki czas w roku.

W tym okresie nie można niestety wybrać się na 5 dniową wędrówkę dnem kanionu. Bardzo żałujemy że nie doświadczymy tego 85 kilometrowego spacerku z wodą i zapasami na plecach w 40 stopniowym upale i skorpionami zakradającymi się noca do śpiworów 😉

Szlak prowadzi zakolami koryta rzecznego. My jeździmy samochodem po górnej krawędzi kaniony i oglądamy go z różnych perspektyw 🙂

Agama.

Po trudach wędrówki przez kanion (czy też nad kanionem 😉 ) – nagroda: gorące źródła w Ai-Ais. Taki standard potrafią prezentować namibijskie kempingi 🙂