W Bombaju odkrywamy kolejną z wielu twarzy Indii. Jeden z symboli tego miasta, którego nazwę w przypływie narodowego, dekolonizacyjnego uniesienia zmieniono na Mumbaj, to ogromny dworzec kolejowy Victoria Terminus z końca XIX wieku. Jego okolice oddają w pełni charakter centrum miasta: monumentalna kolonialna zabudowa, charakterystyczne czarno-żółte taksówki, brak hałaśliwych riksz i motocykli oraz tłumów ludzi na ulicach oraz – żadnych krów.
Ulice centrum miasta zdecydowanie różnią się od przeciętnych ulic Indyjskich miast.
Hotel Taj – jeszcze przed słynnym atakiem terrorystycznym w 2008 r.
Bombaj posiada ogromną, szeroką plażę. Jednak w Indiach plaże wykorzystywane są w nieco odmienny niż w Europie sposób. O kąpaniu się, opalaniu itd. z powodu niemożliwej pruderyjności Indyjskiej kultury oraz wpływów Islamu nie może być mowy.
Plaża nie jest najczystszym miejscem na ziemi.
W takim jak ten, zatłoczonym podmiejskim pociągu doszło tu do zamachów bombowych w 2006 roku. Odwiedzamy Bombaj zaledwie miesiąc później, rany wciąż są niezagojone, a kontrole na dworcach dają władzom złudne poczucie, że kontrolują sytuację. Czy jednak da się skontrolować ponad miliard ludzi?

Charakterystyczne taksówki to Premier Padmini, auta stworzone w latach 70-tych na licencji Fiata.
Wolna. W nocy ich kabiny oświetla charakterystyczne niebieskie światło.
Trochę dalej w miasto i sytuacja wraca do indyjskiej normy.
Limuzyna ślubna.
Z samego rana zanim wszyscy się obudzą, ruszamy do wytwórni filmowej, by zagrać epizod w tasiemcowym serialu India Calling.
Cały dzień na planie. Nasza rola to wcielić się w europejskich gości na bankiecie urodzinowym głównego bohatera, czyli w praktyce przechodzić z prawa na lewo i z powrotem.
Plan filmowy to głównie czekanie na swoją kolej 🙂
Mr. Oświetleniowiec.
Sai Baba – guru szczególnie popularny w tej części kraju.
Indie południowe to trzy główne religie.
Ambasador – ikona indyjskiej myśli motoryzacyjnej.
Leh to położone na wysokości 3 500 m główne miasto dawnego królestwa Ladakh, krainy która rozdziela Himalaje i Karakorum, pośród pasma górskiego obfitującego w sześciotysięczniki. Można dostać się tu samolotem, ale to odebranie sobie przyjemności zrozumienia jak głęboko w górach znajduje się ta kraina. Prowadzą tu dwie drogi. Jedna ze Srinagaru, druga z Manali. Przybywamy tu właśnie tą legendarną trasą. Drugą najwyżej położoną drogą świata, prowadzącą przez przełęcz Taglang La – 5328m Leh leży powyżej 3500m n.p.m. co sprawia, że męczymy się nieco szybciej i mimo dwóch dni w autobusie na znacznie większych wysokościach, musimy się zaaklimatyzować.
Ladakh to dominacja buddyzmu, kraina należała kiedyś do Tybetu (Tybet Zachodni, mały Tybet), co widać na każdym kroku, nawet pismo tybetańskie jest tu wciąż w użyciu. Dziś to jednak sporne terytorium, do którego prawa roszczą sobie Indie, Pakistan i Chiny.
Nad miastem górują ruiny pałacu królewskiego.
Buddyjskie stupy i świątynie dominują krajobraz.
Nie tylko religią i językiem, także rysami twarzy mieszkańcy Ladakhu przypominają Tybetańczyków.

Okolica jest niesamowicie sucha. Tu monsun nie dociera. Ponoć w roku aż 300 dni jest tu słonecznych.
Ladakh jest pustynny, bo położony głęboko w górach. Tylko cienkim pasem wzdłuż rzeki Indus rozciągają się tereny zielone.
Skutki powodzi. Indus jest kapryśną rzeką.
Dookoła mieści się wiele buddyjskich klasztorów. Thiksey Gompa jest największym z nich. Klasztory można bez problemu odwiedzać, podpatrując życie mnichów.
Mnisi zajęci tworzeniem mandali.
Inni przygotowują barwniki.
W stronę Himalajów
Ruszając w himalaje, do Ladakhu gdzie planujemy dotrzeć przemierzając lokalnym autobusem najwyższe drogi świata, przedzieramy się przez coraz to wyższe partie gór. Pierwszy przystanek to Shimla, jedna ze stacji górskich – miasteczek tworzonych na wzgórzach przez Anglików próbujących zapewnić sobie azyl o klimacie bardziej zbliżonym do europejskiego, wolnym od tropikalnych chorób i trudów życia. Miasto było nawet letnią stolicą Indii Brytyjskich. Obecnie to popularny wśród miejscowych kurort rozciągający się na wzgórzach do wysokości 2300m n.p.m. Hindusi przyjeżdżają tu tłumnie w zimie, by doświadczyć prawdziwej egzotyki – śniegu. Tak samo zresztą jeśli chodzi o Ladakh, który w ostatnich latach przeżywa turystyczny (głównie lokalny) boom.
Okolica obfituje w niezwykłe widoki, dzielnice miasta i okoliczne wsie położone są malowniczo na zboczach gór. Poruszanie się po nich to zawsze stroma wspinaczka. Góry w tym rejonie indyjskiego stanu Himachal Pradesh są jeszcze zielone. Tu wciąż docierają monsunowe deszcze, od których Ladakh oddzielają skutecznie najwyższe partie gór sprawiając, że region ten jest niemal pustynny.

Manali
Kolejna całonocna tułaczka autobusem doprowadza nas do Manali, małej osady będącej niegdyś mekką hipisów. Dla nas jest ostatnim przystankiem przed wyruszeniem w prawdziwe góry.
Przydrożny chwast, Konopia Indyjska. Rośnie tu wszędzie, całą okolicę wypełnia jej zapach. Trudno się dziwić, że liczne miasta stanu Himachal Pradesh jak Manali, nasz kolejny cel podróży, były przed laty mekką hipisów.
Samo Manali to mało inspirujące, brzydkie miasto leżące na wysokości około 2 tysięcy metrów, miejsce gdzie od lat podróżnicy zatrzymywali się, by zebrać siły przed prawdziwą drogą przez Himalaje. Aż do Manali mijamy liczne wioski, terenu mocno zaludnione – słowem cywilizacja. Tu jest granica. Dalej robi się znacznie bardziej surowo. Zanim ruszymy w dalszą drogę, tak jak pokolenia przybyszów przed nami odpoczywamy, eksplorujemy lokalne szlaki górskie i wioski.
Prócz pięknych starych domów we wsiach napotykamy dzisiejsze osady. Budowane na brzegach górskich, rwących rzek (płaski teren, blisko do wody będącej naturalną kanalizacją) łatwo poddają się powodziom, osuwiskom itd. Łazienek oczywiście nie ma, ale jest prąd, jest zasięg telefonów, jest telewizja satelitarna: czy dziwi nas ta wersja piramidy potrzeb?
Najwyższe drogi świata: Leh-Manali Highway
Tuż za Manali rozpoczyna się mozolna autobusowa wspinaczka w górę. Przed nami dwa dni w ciasnym lokalnym autobusie. Początkowo krajobrazy wciąż jeszcze alpejskie.
Droga, wciąż jeszcze asfaltowa, to niekończące się serpentyny.
Przy drodze napotykamy wielu ludzi. Czekają na transport. Nie mamy szans dowiedzieć się, co ich sprowadza w to miejsce, dokąd zmierzają.
Na tej wysokości opakowania chipsów zamkniętych szczelnie gdzieś tam na równinach, rozdymają się przez niskie ciśnienie powietrza, przypominając nam o rosnącej wysokości. Nasze ciała jeszcze jej nie odczuwają.
Rysy miejscowych ulegają zmianie. Niewielu tu Hindusów z nizin.
Przydrożne, koczownicze wioski istniejące wokół przystanków, na których zatrzymują się ciężarówki i autobusy. Droga ta zwana Leh?Manali Highway otwarta jest jedynie przez cztery letnie miesiące. Przez resztę roku wszystko tu jest pod śniegiem. Zastanawiamy się, co dzieje się wtedy z tymi ludźmi.
Ostatnia stacja benzynowa. Następna za 365 km serpentyn i ostrej wspinaczki.
Wyżej zieleń pojawia się tylko w dolinach górskich rzek, obrastając je wąskim pasem życia.
Nocleg w środku gór
Sarchu. Przystanek na nocleg. Wzdłuż Leh-Manali Highway kursowy autobus zawsze robi przystanek w namiotowym miasteczku.
Wschód słońca w środku gór.
Nienajgorsze miejsce na nocleg.
Głęboko w górach krajobraz jest już o wiele bardziej pustynny.
Ciężarówki
Drogą tą ciągną głównie wolne, stare ciężarówki wiozące produkty do Leh, stolicy Ladakhu. Wiele z nich nie kończy swojej podróży szczęśliwie. Ich wraki widzimy w licznych przepaściach. Droga ma taką szerokość by swobodnie jechać mogła jedna ciężarówka – w jedną stronę. Mijanie się to za każdym razem spore wyzwanie. Po woli, ostrożnie, często jednym kołem nad przepaścią. To znacząco spowalnia całą podróż, zmusza pomocników kierowców do wychodzenia z kabiny, pilotowania kierowcy.
Droga, przynajmniej w 2006 roku to liczne odcinki bez asfaltu, gdzie jedzie się wyboiście i wolno.
Po kolejnej przełęczy poprzedzonej morderczą wspinaczką przez serpentyny następuje kolejny płaskowyż, by za kilkadziesiąt kilometrów zakończyć się kolejnym podjazdem i następną przełęczą. Ten schemat zdaje się nie mieć końca. Gdy tylko wydaje się, że wyjechaliśmy na górę, za chwilę kolejny odcinek wspinaczki po zboczu otwiera nam oczy – to jeszcze nie koniec. To ponoć druga najwyżej położona, przejezdna droga świata. Jej najwyższy punkt to przełęcz Taglang La – 5 328 m n.p.m.
Kolejny przystanek, gdzieś w środku gór. Indyjscy kierowcy ciężarówek i ich pojazdy to temat na osobną opowieść. Są to historie trudnego życia, pełnego chorób i uzależnień, z płacą w formie prowizji – cały czas w drodze. Jednocześnie to ludzie dumni ze swoich maszyn. Zawsze chętni, by pozować z nimi do zdjęć. A nie są to zwykłe ciężarówki – każda to historia – ozdobiona indywidualnie, jak najbardziej oryginalnie (choć mieszcząc się w pewnym kanonie). Te jadące 30km – 50 km na godzinę 50 letnie maszyny są domem na kołach tych ludzi.

Sprawdź jak wyglądał nasz pobyt w Leh, stolicy Ladakhu i jej okolicach
Varanasi, inaczej Benares, to najświętsze z miast Hinduizmu. Jak się potocznie uważa to najstarsze ciągle zamieszkałe miasto na świecie. To tu miliony hindusów przybywają z pielgrzymką by wykąpać się w wodach Gangesu i marzą by tu, nad brzegami świętej rzeki zostać skremowanymi po śmierci. Ten przywilej dostępny jest jednak tylko dla nielicznych.
Leniwy zwykle Ganges, w czasie monsunu zmienia się w rwącą, niespokojną rzekę.

Nad wodą koncentrują się liczne świątynie, ołtarze, ale także nie wiadomo jak stare hotele, domy pielgrzyma i aśramy.
Dla każdego hindusa najważniejszy jest jednak kontakt ze świętą wodą. Prowadzą do niej ghaty – wysokie schody, ułatwiają one dostęp do rzeki, trzeba bowiem pamiętać, że w czasie monsunu poziom wody bywa o kilka metrów wyższy niż podczas pory suchej.
Varanasi to przede wszystkim niezliczeni pielgrzymi ciągnący tu z całego kraju. Wyznawców Śiwy poznajemy po kolorze strojów oraz po symbolach trójzęba. Podczas całej podróży spotykamy wielokrotnie podobnych do nich ludzi – w pociągach, autobusach, na drodze i w zgiełku miast. Wyposażeni w kij i zawieszone na nim kanistry, ruszają w daleką podróż po świętą wodę.

Po zmroku w pielgrzymkowych namiotach rozpoczynają się religijne koncerty i występy.
Kapliczki znajdujemy na każdym kroku. Dosłownie.
Stara część Varanasi to labirynt wąskich uliczek, przejść, schodów. Dookoła budynki, których wieku nie jesteśmy w stanie ocenić. Równie dobrze mogą mieć 20 lub 200 lat.
Wytchnienia od intensywności miasta szukamy znów na dachach. Czy jednak w tym kraju da się skierować wzrok gdziekolwiek, by nie widzieć jakiegoś człowieka?
Największe marzenie hinduisty, to zakończyć ziemską drogę w tym miejscu, na płonących stosach Varanasi. Wielu starców czeka na śmierć w świętym mieście, żyjąc na ulicach lub w specjalnych hospicjach. Na ghatach ceremonie pogrzebowe odbywają się non-stop, jedna za drugą. To spory wydatek, do skremowania ciała potrzeba dużo drewna, a to w Indiach jest drogie. Dlatego nawet ta czynność przybiera charakter symboliczny, ciała zmarłych ledwo się nadpala, po czym lądują w wodach Gangesu. Płynąc łodzią po świętej rzece, bywa, że mijamy takie zwłoki.
Taj Mahal dominuje nad niską zabudową Agry. Widoczny z oddali z dachu hotelu robi wrażenie, podobnie jak kontrast z jakim mamy do czynienia w tym wypadku: klasyczne piękno i rozmach słynnej budowli oraz perfekcja z jaką rząd kraju dba o największy zabytek Indii, kontra cała reszta miasta.
Taj równa się tysiące turystów, po drugiej stronie rzeki Jamuny panuje jednak perfekcyjny spokój. Możemy podziwiać budowlę niemal zupełnie sami.
Może poza obecnością świętych istot 🙂
Jedyne właściwe miejsce, by pozować do perfekcyjnego zdjęcia z Tajmahalem 🙂
Odwiedzenie Tajmahalu daje możliwość przyjrzenia się ludziom z całego kraju i z różnych warstw społecznych – większość turystów stanowią oczywiście miejscowi.
Dalszą podróż kontynuujemy pociągiem. Druga klasa, wśród miejscowych najpopularniejsza na długie dystanse, bo najtańsza, oferuje wagony bez przedziałów z dwoma poziomami miękkich miejsc do spania i wielkimi wiatrakami zapewniającymi ruch powietrza. W oknach nie ma szyb, a jedynie kraty, przez które na każdej stacji prowadzi się intensywną sprzedaż.

Tak puste pociągi bywają jedynie przez chwilę, w momencie podstawienia 😉
Wiejski krajobraz stanu Uttar Pradesh
Pushkar to jedno z wielu świętych miast w Indiach . Oznacza to, że są celem pielgrzymek milionów ludzi i ich całe funkcjonowanie obraca się wokół religii.
Wody jeziora są oczywiście święte, zatem należy się w nich zanurzyć. Pomagają w tym ghaty, schody prowadzące do samej tafli zbiornika (poziom wody w zależności od pory roku znacząco się zmienia)
Świątynie hinduskie to często małe, „prywatne” przybytki, którymi opiekuje się rodzina braminów i dzięki której trzeba utrzymać bliskich. Praca jak każda inna.
Święte miasto, a więc i nadreprezentacja świętych krów.
Świątynia w stylu typowym dla Indii południowych, rzadko spotykanym w tej części kraju.
W świętych miastach nie spożywa się mięsa i nie sprzedaje alkoholu.
Dzieci chodzą do szkół w obowiązkowych mundurkach.
Barwniki. Kwintesencja kolorów Indii.
Bogini Kali, jedna z postaci, w których występuje Śiakti – żona boga Siwy, żeński pierwiastek twórczy/destrukcyjny, w innej postaci występująca jako Parwati czy Durga. Tu mordercza Kali dominuje nad ciałem Siwy. Te imiona zaczynają pojawiać się wokół nas naprawdę często, początkowo stanowiąc jeden wielki tłum postaci z wieloma rękami. Po jakimś czasie zaczynamy je rozróżniać: choćby po charakterystycznych atrybutach, które dzierżą. Hinduizm to wielopłaszczyznowa układanka, w której niezliczeni bogowie mają wiele, zależnych od kontekstu postaci, imion i paradoksalnie całe to mrowie służy przekazaniu ludziom prostej idei – że bóg jest jeden.
Hinduizm jest wszędzie, tu nic, nigdy nie jest do końca świeckie.
Uczymy się rozpoznawać kolejne jakże bardzo indyjskie konteksty. Ta pozornie zwykła czynność ma oczywiście religijny charakter. Polewanie lingi wodą jest jednym z najpowszechniejszych sposobów na oddawanie czci Śiwie i widzi się je na każdym kroku. Linga symbolizuje twórczą, generatywną moc Śiwy, w sanskrycie to „znak”, a w najprostszym ujęciu bywa rozumiana jako symbol męskiej seksualności.
Czym byłoby święte miasto bez obowiązkowego wzgórza, na szczyt którego można udać się z pielgrzymką?
W drodze powrotnej obserwujemy wiejską stronę Indii.
Miasto święte, czy nie – duża część ludzi żyje, jak wszędzie, na ulicy.
W nocy ulice miast pokrywają się dywanem śpiących.
Kuchnia.
Widok z dachu naszego hotelu.
Indie stoją handlem, a handel funkcjonuje dzięki reklamie.
Jeśli cokolwiek reklamuje Amitabh Bachchan – gwiazdor filmowy wszechczasów – na pewno sprzeda się to doskonale.
Jaipur, to stolica półpustynnego Rajastanu, ze względu na kolor piaskowca użytego do budowy wielu zabytkowych budowli, zwany „różowym miastem”.
Ze wzgórza łatwo wyrobić sobie pogląd jak wygląda średniej wielkości, bo około dwumilionowe, indyjskie miasto. Wciąż duży, Jaipur jest jednak wyraźnie spokojniejszym miejscem niż stolica.
Dachy indyjskich domów zawsze mają formę obszernych, ogrodzonych barierką tarasów. Można tam np. suszyć pranie, ale i tak jak w naszych piwnicach: składować rzeczy, o których chcemy zapomnieć.
Na dachu możemy też zrobić pranie.
Krykiet to sport narodowy Indii. W krykieta gra się od dziecka, używając do tego celu każdej wolnej przestrzeni.
Około 20 km za miastem znajduje się gigantyczna, pochodząca z XVI wieku twierdza: Amber Fort.
Jal Mahal – pałac na wodzie.
Hawa Mahal – Pałac Wiatrów. Charakterystyczny budynek składający się praktycznie wyłącznie z fasady.
W Jaipurze trafiamy po raz pierwszy do indyjskiego kina. Zaskakuje nas odgrywany przed seansem hymn kraju, do którego cała sala podrywa się na baczność, obowiązkowy certyfikat o dopuszczeniu filmu przez cenzurę obyczajową, przerwy w czasie długiego seansu, no i sam wystrój kina, ale w prawdziwe osłupienie wprawiają nas reakcje publiczności: emocjonalne, żywe i głośne – od braw, gdy dobry pokona złego, po buczenie, gdy jest odwrotnie. No i nucenie piosenek pod nosem – wszyscy dobrze znają słowa, bo na filmy chodzi się tu po kilka razy.
Symbol ten jest w Indiach wszechobecny. Jego nazwa pochodzi z sanskrytu i oznacza „przynoszący szczęście”.
Dzieci na każdym kroku uznają nas za niebywałą atrakcję 🙂
Monsun oznacza, że oprócz ciężkich, szarych chmur, raz na jakiś czas spotyka nas prawdziwa ulewa.
Świątynie hinduistyczne, poza tymi w miastach, najchętniej umieszczane były na szczytach wzgórz.
Hindusi patrzą się na obcych bez oporów typowych dla naszej, przywykłej do prywatności, kultury. To jedna z tych różnic, do których najtrudniej się przyzwyczaić – gdy grupa ludzi przygląda się nam z odległości metra, patrząc nieustępliwie prosto w oczy, wzrokiem którego nie da się pozbyć i którego absolutnie nic nie jest w stanie speszyć. Komentują nasz wygląd, zwykłe, proste czynności. Czy jesteśmy aż tak dziwni? Trzeba pamiętać, że w Indiach żyje półtora miliarda mieszkańców i nawet tu, w mieście każdego dnia widującym wielu przybyszów z Europy, przewija się cała masa ludzi, dla których takie spotkania nie są codziennością. Pozwalamy sobie wzajemnie spokojnie się sobą nadziwić.
W Indiach spotykamy małpy bardzo często, wystepuję także w hinduskiej mitologii (Hanuman), nie dziwi więc, że Monkey Temple znajduje się w każdym hinduskim mieście 🙂
Ulica Main Bazar w dzielnicy Paharganj to dla większości przybyszów pierwszy kontakt z Indiami ponieważ tu mieszczą się najtańsze hotele, często z pokojami bez okien. Zatrzymując się tu, poznawanie Indii rozpoczynamy od razu od skoku na głęboką wodę. Monsun w stolicy oznacza, że z nieba non-stop coś kapie lub (rzadziej) leje, a nogi często grzęzną w błocie, zaś niewiarygodnie duszne powietrze sprawia, że jesteśmy cały czas mokrzy. Jesteśmy skazani na bycie mokrymi – od deszczu lub od potu.
Musimy szybko przywyknąć do faktu, że ruch uliczny w Indiach wygląda inaczej niż w Europie. Od tłumów nie ma ucieczki, tak jak nie ma ucieczki od wilgotnego, dusznego powietrza.
Godziny szczytu.
W brew pozorom poruszanie się po mieście okazuje się być proste. Można iść w dowolną stronę, całkowicie nie obawiając się o drogę powrotną. Gdy uznamy, że czas wracać, wystarczy złapać rikszę, które są zawsze i wszędzie pod ręką. Rikszarze dowiozą nas tam gdzie chcemy.
Jeśli odbijemy w bok od dowolnej ulicy, wąskimi przejściami między budynkami trafimy na takie jak ten „ryneczki”, na których toczy się życie mieszkańców okolicznych domów.
Indyjska ulica zadziwia na każdym kroku, zwłaszcza nowicjusza. Po jakimś czasie zaczynamy zauważać i rozumieć więcej detali tego, co widzimy. Atrybutem sikha są między innymi turban i sztylet, nie dziwi nas zatem napotkany mężczyzna z szablą. Większość sikhów traktuje jednak tę tradycję bardziej symbolicznie, nosząc sztylet np. w postaci wisiorka.
Rowerowi rikszarze pracują, a także często żyją na ulicy. W Indiach bezdomność nie jest tożsama z żebractwem, czy ogólnie – społecznym wykluczeniem – do czego przywykliśmy w Europie. Pracujący ciężko przez całe życie rikszarze mają jednak nikłe szanse wyrwania się z zaklętego kręgu biedy. Dbałość o higienę ma w tej kulturze, ale i klimacie szczególne znaczenie, jednak prywatność, to dla milionów mieszkańców tego kraju pojęcie z kategorii marzeń.
Całe wielopokoleniowe rodziny, żyją na ulicach, skrzyżowaniach, placach: wszędzie, gdzie da się rozłożyć to, co posiadają. Jeśli w pobliżu ich koczowiska zaparkował samochód, jego maska i dach szybko szybko zostaje wchłonięta jako część obejścia.
Motoriksze nie należą do kierowców, którzy codziennie nas nimi wożą. Muszą je wynajmować oddając część zarobku. Często żyją z całą rodziną na ulicy.
Szybko przekonujemy się, że krowy na ulicach miast nie są żadnym mitem. Wychudzone, żywiące się odpadkami i śmieciami zwierzęta bezpardonowo przeciskają się w tłumie ludzi i pojazdów.
Wielkie indyjskie miasta rozrastają się także w pionie, stanowiąc mozaikę przybudówek i nadbudówek, mieszankę starego z nowym. Ze względu na stan w jakim się znajdują, wieku większości budynków nie sposób ocenić.
Odkrywamy, że dachy budynków stanowią jedyny azyl od tłumu. Są też idealne do przyjrzenia się miastu w spokoju.
Indyjska ulica to męski świat, a dom – kobiecy. Kobiet w pracy w zasadzie się nie spotyka. Nie trafimy na nie w handlu, w gastronomii czy hotelarstwie. Ponieważ pracuje się do rana do wieczora, mężczyźni spędzają całe dnie w towarzystwie kolegów i kuzynów uwikłanych w niezwykle dla nas skomplikowaną sieć pokrewieństw i zależności.
Branżą, w której widujemy pracujące kobiety, są ciężkie roboty budowlane, rozłupywanie kamieni itp. Zastanawiamy się, z czego to wynika – może z braku konieczności bezpośredniego kontaktu z klientami?
Jama Masjid, Wielki Meczet Piątkowy. Indie kojarzą się z hinduizmem, ale w kraju tym żyje prawie 200 mln muzułmanów.
W każdym miejscu w Indiach spotykamy się z zaciekawieniem. Na każdym kroku ktoś chce porozmawiać. W turystycznych miejscach można mieć prawie pewność, że sytuacje takie skończą się jakąś inną propozycją handlową. Nawet w najbardziej turystycznych miejscach spotykamy jednak ludzi szczerze zainteresowanych tym, co robimy w ich kraju, skąd jesteśmy oraz milionem innych kwestii. Z najbardziej oczywistych dla miejscowych pytań warto wspomnieć choćby to o ulubionego gracza w krykieta albo pytanie o imię ojca 🙂
Indie to także ogromna duma narodowa i ogólne poczucie wielkości. Obecne u zwykłych ludzi, jest non-stop podsycane przez oficjalny przekaz. Rajpath i otaczające ją aleje, bulwary i place, ta monumentalna, przestronna i czysta, oficjalna strona stolicy, wraz z zaprojektowaną jeszcze przez Anglików dzielnicą rządową stanowi tego doskonały wyraz.
Starą część miasta wypełnia handel.
Kwiaty w Indiach są produktem codziennej potrzeby. Składa się je w ofierze bogom w świątyniach i na niezliczonych ołtarzykach.
Hindusi chętnie i godnie pozują do zdjęć. Są ludźmi dumnymi z tego co robią i co posiadają.
Drzwi zamyka się na noc. W godzinach pracy wszystko ma być jak najbardziej otwarte, nawet zawodu lekarza nie wykonuje się za zamkniętymi drzwiami.
Gekony są naszymi sprzymierzeńcami, zjadają komary, a te większe także karaluchy.
W Indiach 500 mln ludzi nigdy nie miało w ustach mięsa. Wegetariańskie restauracje i produkty w sklepach są wyraźnie oznaczone. Cieszy nas to 🙂
Kolej jest dumą Indii. Czwarta największa na świecie sieć kolejowa umożliwia nam dotarcie niemal wszędzie.
Świątynia bahaistyczna. Bahaizm to mała religia, dominuje hinduizm i islam. Jest jeszcze buddyzm, sikhizm, dźinizm, chrześcijaństwo i wiele innych…
Centrala popularnego w Polsce ruchu Hare Kriszna.
Religia w Indiach dominuje w każdym aspekcie życia i jest widoczna wszędzie wkoło: święta, festiwale religijne, święci mężowie, krowy, bramini, świątynie i kapliczki, kadzidła, kwiaty i inne dary. Nie trudno w Indiach trafić na jakieś święto czy procesję.
Dzieci często mają ciemny makijaż oczu, często na policzkach maluje się im także znamiona – wszystko by chronić je przed „złym okiem”.
Swastyka na stopie jest oczywiście na szczęście.
Miejscowa telewizja to dodatkowa, szybka dawka wiedzy na temat lokalnej kultury i społeczeństwa. W jakim innym kraju można zobaczyć tego typu transmisję na żywo?

Biblioteka także jest otwarta, możemy zaznać błogiego spokoju zagłębiając się w księgozbiór.
Jedzenie to dla nas nieodłączny element zwiedzania. Nowe, nieznane potrawy, napoje, owoce próbujemy, staramy się poznać lokalną nazwę i oczywiście fotografujemy. Uważnie obserwujemy gdzie stołują się miejscowi – im więcej ludzi w danej knajpce tym lepsza rekomendacja 🙂 Oprócz tego zawsze odwiedzamy miejscowy targ i buszujemy wśród straganów. Zapraszamy na smakowitą fotorelację:
Bangkok, okolice Kao San to labirynt uliczek, na których co krok można kupić coś do jedzenia: smażony makaron, sajgonki, naleśniki z nutellą, pizzę, kanapki, sałatki owocowe, świeżo wyciskane soki ale również smażone skorpiony, świerszcze i inne owady. Wszystko czynne od rana do późnej nocy, świeże i w bardzo przystępnych cenach.
Nie ma problemu z rozszyfrowaniem menu – popularne są kary dań w wersji obrazkowej – konwersacja z obsługą ogranicza się do wskazania wybranej potrawy palcem 🙂
Czasami można trafić nawet na realistyczne atrapy serwowanych potraw 🙂 Widoczny na zdjęciu stek z łososia, sałatka i bułeczka były wykonane z plastiku!
Azja to raj dla miłośników owoców! Tu jeden z naszych ulubionych deserów – mango z czarnym ryżem i mlekiem kokosowym.
Papaja z limonką.
Stragan z owocami w George Town na wyspie Penang, Malezja.
Wszystko elegancko obrane, pokrojone i popakowane.
Sprzedawca liczi.
Owoce jackfruit mogą osiągać wagę nawet 30 kilogramów. Wewnątrz kolczastej skorupy znajdują się soczyste cząstki.
Stragan z pieczonymi kasztanami.
Cameron Highlands w Malezji to region słynący z uprawy owoców i warzyw. Doczekały się tam one nawet pomnika 😉
Pływająca restauracja na barce w malezyjskim parku Taman Negara.
Azjaci kochają noodle przypominające makaron z tzw. zupek chińskich. W Malezji co krok znajdziemy stragan sprzedający parujące miski zup z tymi kluskami.
Na chwilę przed konsumpcją „zdrowotnej galaretki chińskiej” serwowanej z miodem 🙂
Miłości Azjatów do duriana nie udało nam się zrozumieć. Ten najbardziej śmierdzący (na nasz nos przypomina mieszankę zapachu zgniłego mięsa, cebuli i budyniu waniliowego) owoc świata uchodzi tu za rarytas. Znajdziecie tu specjalne stoiska z cukierkami, ciastkami durianowymi i oczywiście świeżymi owocami. Szczelnie zapakowanymi 🙂
Inne ekscentryczne znalezisko – tym razem z sklepie z medycyną chińską – wzmacniające siły ryżowe wino „poporodowe”.
Malezja to mieszanka wielu kultur, przede wszystkim malajskiej, chińskiej i hinduskiej. Ta ostatnia ma również ważne miejsce na kulinarnej mapie tego kraju.
Popularnym napojem izotonicznym jest sok z młodego kokosa. Niewiele ma on wspólnego z mleczkiem kokosowym – jest przezroczysty, rzadki i dosyć mdły, ale zawiera wiele cennych mikroelementów, które trzeba uzupełniać w gorącym klimacie.
Typowe danie kuchni południowoindyjskiej – dosa podawana z sosami. W kuflu – banana lassi – czyli koktajl bananowo-jogurtowy.
Najsłynniejsza restauracja wegetariańska w Kuala Lumpur:
Wybór dań jest ogromny:
Uśmiechnięty szef kuchni Blue Boya upewnia się, czy wszystko smakowało 🙂


































































































































































































































































































