All Posts By

Paweł Dunia

kolmanskoop namibia

Wybrzeże diamentów

By | Namibia | 9 komentarzy

Diamenty przyniosły Namibii bogactwo. Gorączka wydobycia przyszła wraz z odkryciem ich obecności na początku XX wieku. Sperrgebiett, objęta zakazem wstępu strefa ciągnie się na przestrzeni ponad 300 km i obejmuje obszar od wybrzeża do 100 km wgłąb lądu. Co chwila widoczne są ostrzeżenia dla postronnych przed wkroczeniem na jej teren.

Jedym z reliktów gorączki diamentowej jest Kolmanskop – opuszczone „miasto duchów”. W okresie prosperity na środku pustyni utworzono miasteczko dla pracowników kopalni. Działały tu nie tylko szpital, sklep czy szkoła, ale także kasyno i teatr. Wyczerpanie złóż sprawiło, że osada zaczęła się wyludniać i ostatnia rodzina opuściła Kolanskop w 1956 roku. Zaczęła powoli wchłaniać je pustynia.

Szpitalne okno do wydawania posiłków.

W zrujnowanych budynkach zachowały się ślady starych tapet i kolorowych dekoracji. Niektóre zdradzają funkcję, jaką pełniło pomieszczenie.

Kręgielnia.

Wnętrze jednego z mieszkań pracowników kopalni.

Komunalny wychodek.

Przez lata intensywnej eksploatacji złoża na lądzie zostają powoli wyczerpane. Rzeka Pomarańczowa, daleko na południu, niesie jednak wraz z sobą diamenty w stronę oceanu. Prąd Benguelski przemieszcza je z powrotem na północ. Specjalne statki dzień i noc przeczesują dno oceanu w okolicach portu w Luderitz.

Luderitz, niewielkie miasteczko wciśnięte pomiędzy pustynię Namib i wybrzeże Atlantyku. Dominuje tu niemiecka architektura i niemiecki porządek.

Miasto, jak wiele w Namibii, wygląda na opustoszałe. Na murze ślad obecności młodych ludzi 😉

 

Wybrzeże wokół Luderitz jest piękne, ale zimne i wietrzne. Idealne miejsce dla kolonii pingwinów 🙂

Latarnia na Dias Point. Miejsce zawdzięcza nazwę portugalskiemu odkrywcy, Bartolomeo Diasowi, który przypłynął tu w 1497 roku. Nasza wyprawa to przy tym małe piwo – on nie miał GPSa ani Internetu 😉

Widzicie nasz samochód? Zważywszy na mega porywisty wiatr, to jedno z najbardziej ekscentrycznych miejsc na kemping jakie można sobie wyobrazić 🙂 Na skalistym nabrzeżu postawiono specjalne wiaty, które pozwalają się przed nim ukryć.

Prawie jak stacja polarna…


najwyższe wydmy świata

Pustynia Namib

By | Namibia | 13 komentarzy

Namib to najstarsza pustynia świata. Wbrew pozorom to nie saharyjskie, ale tutejsze diuny są najwyższe na świecie (ponad 300 metrów). By tam dotrzeć poruszamy się szutrami w kierunku Zwrotnika Koziorożca. Asfalt kończy się tuż za granicami miasta Swakopmund.

Drzewo kołczanowe to jeden z gatunków aloesu. Nazwa wywodzi się stąd, że jego  gałęzie używane były przez buszmenów do wyrobu kołczanów na strzały.

Pierwsze promienie słońca nad pustynią  kontra chmury znad oceanu.

Mgły z wybrzeża przynoszone przez prąd Benguelski potrafią sięgać aż tutaj, zazwyczaj jednak przegrywają z suchością.

Oryxy i springboki pasą się u stóp diun w szerokim, porośniętym trawami korycie okresowej rzeki.

Czasem, dla rozrywki, urządzają wspinaczkę 😉

Skalę diun pozwala docenić zestawienie z drzewami bądź ludźmi.

 

Deadvlei. „Vlei” z języku afrikaans oznacza bagno, a w istocie oznacza wielką wyschniętą kałużę, którą podczas kilku burzowych dni w roku wypełnia się wodą.

 

Martwe drzewa akacjowe.

 

Tiramisu? 🙂

Byle po śladach. Głęboki i sypki piasek to ciężkie wyzwanie.

Niemiecko brzmiące nazwy miejscowości z trudem wkomponowują się w krajobraz.

W Namibii żyje jedna z ostatnich na świecie populacji dzikich koni. okolice drogi traktują jako pastwisko.

wybrzeże szkieletów

Wybrzeże szkieletów

By | Namibia | 7 komentarzy

Zaskoczyło nas, że dzięki wpływowi zimnego Prądu Beguelskiego, wybrzeże Namibii jest mglistą, wietrzną, surową pustynią, w swej północnej części całkowicie niezamieszkałą. W epoce przed GPSowej statki często rozbijały się o te niebezpieczne brzegi, a nie ma chyba gorszego miejsca na świecie, by obudzić się na plaży jako rozbitek, niż Wybrzeże Szkieletów. Wyobraźcie sobie, że lodowaty ocean wyrzuca was na brzeg, a zamiast rajskiej wyspy macie przed sobą dziesiątki kilometrów pustyni… Rozumiecie już genezę nazwy?

Ale po kolei… W stronę morza poruszamy się po idealnych namibijskich drogach szutrowych. Cały kraj pokrywa ich gęsta sieć. Są bardzo szerokie, utrzymane w doskonałym stanie, umożliwiającym wcale nie mniej komfortową podróż niż po asfalcie. Jedyny problem to tumany pyłu wznoszone przez każdy mijany pojazd.

Charakterystyczny krajobraz Namibii to 360 stopni horyzontu, niebieskie niebo i jakaś forma pustyni: piasek, kamienie, czy pustynne, niezbyt wysokie, góry.

Typowym elementem podróży są nieustanne przejazdy przez okresowe rzeki. O dziwo droga w tym miejscu rzadko jest zniszczona. Po prostu rzadko tu pada.

Rzeki mają nazwy, koryta, brakuje tylko wody.

Namibia jest najrzadziej zaludnionym krajem świata. Daleko na pustyni osady składają się z jednego lub kilku budynków mieszkalnych, warsztatu samochodowego i małej stacji benzynowej. W większych miastach dominują stacje sieciowe 🙂

Po jakimś czasie, wyłącznie, w otoczeniu kamieni, zaczynamy zauważać, że pustynia może przybierać zadziwiająco różnorodne formy.

Welwiczja to roślina występująca tylko tu, na pustyniach Namibii. Rośnie niezwykle wolno, ale ma zadziwiające zdolności przetrwania bez wody. Ośmioletnia mierzy zaledwie 2,5 cm. Ta poniżej może mieć kilkaset lat, być może i tysiąc zważywszy na rozmiary.

Kwiaty welwiczii.

Jak na tak pustynny kraj, Namibia jest wyjątkowo zagospodarowana. Drogi, wzdłuż których nie ciągnie się płot, są wyjątkowo nieliczne. Uniemożliwia to spanie 'na dziko’. Płoty te, to tzw. siatki weterynaryjne odgradzające dzikie zwierzęta od hodowlanych, by zapobiegać epidemiom, bądź zwykłe ogrodzenia ogromnych, ciągnących się przez dziesiątki kilometrów farm. Farmy są wszędzie, obecnie coraz częściej przestawiają się z hodowli bydła na turystykę, stając się miejscami gdzie można odbyć prywatne, ekskluzywne safari, by oglądać, ale i ustrzelić dzikie zwierzę.

Oryksy znalazły dziurę w płocie i ruszyły przed siebie.

Im bliżej wybrzeża tym więcej piasku i tym zimniej.

W Namibii na każdej szutrowej drodze można jechać do 100 km/h. Zakazów nikt nie egzekwuje, ze względu na ilość aut, drogówka nie miała by w tym kraju wiele do roboty.

Brama Parku Narodowego Wybrzeża Szkieletów.

Niegdyś linia brzegowa była usiana wrakami statków, które w tak ekstremalnych warunkach pogodowych rozbijały się tu często. Wiatr, woda i sól sprawiają, że do dnia dzisiejszego nie wiele z nich pozostało. Nowych jest jak na lekarstwo, a wszystko przez GPSy.

Ten ma zaledwie 4 lata.

Nie tylko statki kończą tu swoją drogę.

Kości wieloryba.

Wiele pustynnych roślin jest jednak przystosowanych do życia w ekstremalnie suchym otoczeniu. Poniższe występują tylko w tym jednym miejscu na świecie.

By móc przetrwać długie okresy bez deszczu, rozwinęły zdolność magazynowania w swoim wnętrzu wody.

Nie tylko Wybrzeże Szkieletów, ale cała Namibia usiana jest pozostałościami czegoś, co kiedyś działało i było komuś potrzebne, a potem z takich czy innych powodów przestało i zostało oddane pustyni.

Taki los spotkał na przykład tę kopalnię diamentów…

… i tę wieżę wiertniczą.

Wybrzeże Namibii to pustynia, chmury i sól. W tych warunkach sól morska wytrąca się szczególnie łatwo. Wszystko jest tu pokryte solą.

Droga też jest z ubitej soli. Bardzo przyzwoita. Jest twarda, nie tworzy się na niej tarka jak na piasku czy żwirze. Dookoła ciągną się po horyzont solniska, okresowo pojawia się tam słona woda, która następnie paruje. Pozostaje pole soli.

Mila 107. Kemping w samym środku niczego. Za to nad samym morzem.

Kempingi tego typu istnieją głównie z powodu histerycznej namiętności mieszkańców Namibii do wędkowania, a ich skala (rozciągają się na przestrzeni kilku km) niech będzie jej dowodem. Nie zapominajmy, że w tym kraju nie da się wędkować w rzekach 🙂

Rześki poranek…

Cape Cross – skalisty przylądek zamieszkały na stałe przez ogromną kolonię fok.

Młody.

Miejsce to być może wygląda miło. Pachnie jednak zdecydowanie przeciwnie. Rocznie przeżywa tylko niewielka część świeżo narodzonych maluchów, reszta jest zagniata przez samce lub zagryzana przez szakale. Zakładając, że foki żyją tam od setek lat, można się zastanawiać jak głębokie pokłady byłych fok znajdują się pod tymi obecnymi. Te najświeższe są pośmiertnie odpowiedzialne za ten przykry dla nas zapach. Samym fokom zdaje się to jednak nie przeszkadzać, podobnie jak twardość kamieni.

Wiedzieliście, że foki mają pazury?

Miejscowość wypoczynkowa Wlotzkasbaken. Tu bogaci Namibijczycy mają swoje wakacyjne domy.

Okolice Henties Bay. Woda w korycie rzeki pojawia się tak rzadko, że jego część zamieniono w pole golfowe.

Swakopmund, bodaj drugie, czy trzecie największe miasto Namibii, w naszej skali: miasteczko. Pustynia, ocean i niemiecki sznyt. Surrealistyczna mieszanka.

Bismarck Strasse. Niemiecka przeszłość przeszła płynnie w teraźniejszość niepodległej Namibii. Wpływy byłego kolonizatora są tu obecne zdecydowanie bardziej niż w jakimkolwiek innym kraju Afryki wschodniej i południowej.

Ordnung muss sein.

Namibia gospodarczo ma się świetnie. Jest tu gaz, są diamenty i niezliczone minerały.

Fabryka mniej dochodowego surowca: soli.

Płytkie zbiorniki z wodą morską ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża.

Pewien rodzaj alg dobrze się czuje w środowisku tak stężonego roztworu soli. Barwi wodę intensywnie na czerwono.

Flamingi też tu rezydują.


nosorożec w etosha

Etosha

By | Namibia | 12 komentarzy

Park Narodowy Etosha w Namibii odwiedzamy w porze deszczowej. W tym kraju o bardzo niewielkich opadach oznacza to trochę co innego niż ulewy w Zambii czy Zimbabwe, ma jednak swoje konsekwencje. Jakie? Opady oznaczają bujną roślinność. A gęste liście ograniczają widoczność i utrudniają wypatrywanie zwierząt. Poza tym opady tworzą też dodatkowe wodopoje. W porze suchej łatwiej obserwować zwierzęta,bo koncentrują się wokół nielicznych źródeł wody. Jednak okres deszczowy to też czas, kiedy pojawiają się młode 🙂 Poniżej zebra stepowa. Porównajcie ją ze zdjęciami zebr Grevy’ego z wpisów o Kenii 🙂

Młode szakale czaprakowe.

Dorosły szakal.

Lwica z lwiątkami.

Słoniątko z matką.

Żyrafa południowa.

Nosorożec czarny. Istnieje też „biały”, ale nie różnią się kolorem, tylko kształtem pyska 🙂

Termitiery potrafią mierzyć 2 metry i często przybierają kształt zamków 🙂

Szybko uczymy się paru zasad tropienia zwierząt. Dobrze mieć ze sobą atlas śladów, który pomaga przypisać je do danego zwierzęcia. Poniżej ślad nosorożca 🙂

Śladów słonia nie da się pomylić z żadnym innym zwierzęciem 🙂

Zwierzęta przychodzą do wodopoju przynajmniej dwa razy dziennie: o świcie i o zmierzchu. To najlepszy czas na obserwację. Trzeba też oczywiście znać lokalizację wodopojów – w każdym parku narodowym są zaznaczone na mapkach 🙂

Znajomość zwyczajów poszczególnych gatunków też pomaga – zniszczone, połamane gałęzie świadczą, że niedawno przechodził tędy słoń, który wybierał najlepsze kąski 😉

Kolejną wskazówką są odchody. Po pierwsze, po wielkości, kształcie etc. można rozpoznać, jakie zwierzę je pozostawiło. Po drugie po „świeżości” można poznać, jak dawno zwierzę w danym miejscu przechodziło (i czy w związku z tym jest blisko, czy daleko).

Rodzaj okolicznych roślin pozwala przewidzieć, jakich zwierząt można się spodziewać w okolicy. Suche, kolczaste akacje niemal na pewno zapowiadają żyrafy 🙂

Zwierzęta na drodze 🙂

Mangusta pręgowana.

Gniazdo.

Mega pajęczyna 🙂

Samica kudu wielkiego.

Samiec kudu wielkiego.

Zwróćcie uwagę jak odwraca uszy do tyłu, żeby nasłuchiwać 🙂

Kama.

Stado sępów.

Gnu błękitne.

Impala.

Springbok.

Zachód słońca nad buszem. Trzeba się zbierać – bramy kempingów w parku zamykane są o zmroku. W Etoshy spędzamy trzy dni, po czym ruszamy w drogę w bardziej opustoszałe tereny wybrzeża Namibii.


kameleon

Caprivi

By | Namibia | 12 komentarzy

Pas Caprivi to nasza brama wjazdowa do Namibii. Z Zimbabwe wjeżdżamy do Botswany (będziemy musieli wrócić tam kiedy indziej 😉 ), by po 50 km wjechać do Namibii. Ten wąski korytarz dawał niemieckim kolonizatorom dostęp do rzeki Zambezi.

Zwierzaki można obserwować nawet jadąc główną drogą. W trakcie jazdy zauważamy kameleona, zatrzymujemy się, żeby lepiej mu się przyjrzeć 🙂

Kemping nad rzeką Okavango jest tak sielankowy, że czulibyśmy się niemal jak emeryci na działce, gdyby nie krokodyle i hipopotamy. Po zmierzchu trzeba uważnie nasłuchiwać i mieć w pogotowiu mocną latarkę do odstraszania intruzów – warto skorzystać z toalety przed pójściem spać 😉 Najbardziej ryzykowny jest pierwszy krok rano – ktoś musi sprawdzić, czy krokodyl nie wyleguje się pod autem 😉

Kąpiel w rzece umożliwia specjalny basen-klatka, która odgradza krokodyle szczęki i cielska hipopotamów od pływających.

Po emocjonującej kąpieli można ukoić nerwy w świątyni dumania w domku na drzewie 😉

'Busz’  prysznic.

Dla odmiany: mini gad znaleziony w trawie 🙂

Odwiedzamy też region o opisowej nawie 'Bushmanland’. Ten oto największy metaliczny meteoryt Hoba (ponad 50 ton), który spadł na Ziemię tysiące lat temu, pewien farmer znalazł na swoim polu 1920 roku 🙂

Dobrze, że teraz są ostrzeżenia… 🙂

Od razu zabieramy się za testowanie lokalnych specjałów. Tu: jogurt z kukurydzianą owsianką i guawą  oraz ziołowy soft drink.

Miejscowi też mają swoje przyjemności – można mieszkać w lepiance, ale satelita musi być 😉 W pasie Caprivi ciągle mijamy wioski, mimo że  Namibia jest najrzadziej zaludnionym krajem na świecie. Na obszarze wielkości 2,5 Polski mieszka niewiele ponad 2 miliony ludzi. To zrozumiałe biorąc pod uwagę, że reszta kraju to pustynia 😉


wodospady wiktorii

Wodospady Wiktorii

By | Zimbabwe | 4 komentarze

Wodospady Wiktorii na rzece Zambezi. Połowa leży po stronie Zambii, połowa po stronie Zimbabwe. Odwiedzamy je w porze deszczowej. Ma to swoje minusy wody w rzece i w wodospadach jest tak dużo, że buzuje i odbija się od skał tworząc gęstą mżawkę, częściowo zasłaniającą widok.

Sir Livingstone – legenda południowej Afryki, przemierzał busz, przemierzał, aż natknął się na nie. Musiał się nieźle zdziwić. Nie mógł się powstrzymać i nazwał je imieniem brytyjskiej królowej  😉

Wodospady tworzą się dzięki kolejnym gigantycznym rozpadlinom skalnym i zmieniają swoje położenie co kilkadziesiąt tysięcy lat.

Poznajecie? 😉

Mży tak intensywnie, że niebawem jesteśmy kompletnie przemoczeni. Aparat też. Ponaglamy poproszoną o zrobienie zdjęcia osobę w obawie przed zatopieniem sprzętu.

Wilgotność = dżungla

Przez Zambezi biegnie most. Po jednej stronie Zambia, po drugiej Zimbabwe.

Skoczylibyście tu sobie na bungie? Miejscowi opowiedzieli nam historię młodej Australijki, której podczas skoku zerwała się lina. Dziewczynie nic się nie stało – samodzielnie dopłynęła do brzegu. Zjawiła się ponoć na nazajutrz i oświadczyła obsłudze: „wisicie mi t-shirt i darmowy skok” 🙂

Jeszcze parę obrazków ze stolicy, którą odwiedziliśmy po drodze nad wodospady. Z Harare jedziemy nowym asfaltem, równolegle biegnie stara droga, dla oszczędności zrobiona tylko z dwóch pasów asfaltu na szerokość kół.

Mając w pamięci kryzys finansowo-zaopatrzeniowy i słynną hiperinflację spodziewamy się kraju upadłego i takiej też stolicy. Dziś jednak w Zimbabwe oficjalną walutą jest dolar amerykański, a stare banknoty sprzedaje się turystom jako pamiątki.

Harare jest całkiem nowoczesnym miastem.

W sklepach widać jeszcze czasem kłopoty z zaopatrzeniem i „rzuty” – zapychanie całego regału w supermarkecie np. olejem, bo akurat przyszła dostawa, ale raczej wszystko jest. Tu: mydło na metry, a właściwie na kilogramy 🙂

Sklep ze sztucznymi włosami do wyplatania warkoczyków.

Gospodarka dźwiga się po kryzysie – centrów handlowych dostatek.


Mana Pools

By | Zimbabwe | 19 komentarzy

Mana Pools w Zimbabwe to jeden z najbardziej dzikich parków Afryki. Słynie z tego, że można w nim wysiadać z auta i spacerować (na własne ryzyko). Dodatkową atrakcją jest to, że camping w parku nie jest ogrodzony i zwierzęta swobodnie go odwiedzają. Dlatego zabronione jest wwożenie świeżych owoców. Słoń skuszony zapachem np. cytrusów jest ponoć w stanie staranować samochód. Ukrywamy więc nasze mango i avocado w okolicy mostku przy bramie wjazdowej 😉

Jeszcze przed przekroczeniem granic parku pierwsze słonie przecinają nam drogę.

Syzyf wśród insektów – żuk gnojarz.

Drzewo kiełbasiane – jego nazwa pochodzi od kształtu owoców, które są przysmakiem słoni. Do tego wątku jeszcze wrócimy… 😉

Pochmurne niebo (wciąż jesteśmy w rejonie pory deszczowej) i przebijające się słońce dają niesamowite kolory. Sielanka jak z gazetki Świadków Jehowy. Do czasu… 😉

Kemping nad rzeką Zambezi jest po prostu polanką nad brzegiem. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo to oznacza, że w każdej chwili może podejść słoń, hipopotam, krokodyl czy lew, jak w przypadku mężczyzny zjedzonego w 2010 roku pod prysznicem.

Na początku zapowiadało się jednak idyllicznie…

Aż tu nagle, pod koniec wieczoru spędzonego na spokojnym przeglądaniu atlasu zwierząt, P. postanawia: „podświetlę sobie rzekę na chwilę”. Rzuca snop światła przez przednią szybę samochodu… Nie robiliśmy rzecz jasna zdjęć, ale specjalnie dla Was przygotowaliśmy fotomontaż -rekonstrukcję zdarzeń 😉

Słonie, wbrew temu, czego można by się spodziewać, poruszają się niesamowicie cicho. Gdybyśmy nie włączyli światła pewnie nie zauważylibyśmy jego obecności! Po skonsumowaniu owoców drzewa kiełbasianego (już wiemy pod czym nie parkować 😉 ) słoń jeszcze przytulił się do naszego samochodu składając lusterko i oddalił się ustępując pola pasącym się nocą hipopotamom.

Kolejny poranek, podczas którego spotykamy m.in. stadko lwic, wydaje nam się czystą sielanką 😉

Zaczęło jednak ostro padać. Z drzewa spada nam na auto malutki kameleon 🙂

Uciekamy więc dalej, jeszcze tylko kuriozalna kontrola, czy nie mamy w aucie muchy tse tse i opuszczamy Mana Pools. Wrócimy tu jeszcze kiedyś w porze suchej – wtedy koncentracja zwierząt wokół wysychającej rzeki – ostatnich zasobów wody w okolicy jest jeszcze większa 😉


Zambia

By | Zambia | 5 komentarzy

Zambia wita nas najgorszymi drogami, jakie do tej pory widzieliśmy. Jezdnia to właściwie tor przeszkód między dziurami jak leje po bombardowaniu. Trasa biegnie przez praktycznie niezamieszkały busz.

Stan dróg wpływa na ilość wypadków. Prawie nie ma tu transportu publicznego i niewiele jest prywatnych samochodów, ale co kilkadziesiąt kilometrów widzimy przewróconego TIRa.

W Afryce, w większości miejsc nie ma problemów z zakwaterowaniem. Kempingi są tanie, zazwyczaj po 5 $ za osobę. Czasami jednak zdarzają się tereny, gdzie po prostu NIC nie ma. Wtedy jedyną opcją jest 'bush camping’. To proste: pilnujesz czasu i przynajmniej godzinę przed zachodem słońca zaczynasz się rozglądać za dogodnym miejscem do spania. Dogodne, to znaczy: jest zjazd z drogi, jest się za czym schować, nie ma ludzi. Schować się można za wzniesieniem lud drzewami. Ważne, żeby trawa nie była zbyt wysoka, bo to dobre schronienie dla węży. Trzeba też uważać przesuwając kamienie, bo tam, z kolei, lubią siedzieć skorpiony. Trzeba trochę ponasłuchiwać, czy w pobliżu nie ma wioski i samemu być w miarę cicho. Potem rozkładamy graty, gotujemy kolację i bierzemy nasz samochodowy prysznic. Najlepiej uwinąć się z tym wszystkim przed zachodem słońca, bo po zmroku trudniej wypatrzyć zagrożenia, a nie jest miło, gdy skorpion chodzi wokół nóg, gdy się myjesz. Zawsze mamy ze sobą przynajmniej 20 litrów wody do mycia i gotowania i przynajmniej 6 półtoralitrowych butelek wody pitnej. Gotujemy na przenośnej, „harcerskiej” kuchence. Jeśli przez pierwszą godzinę nie pojawi się ciekawska ekipa miejscowych można założyć, że nikt Cię nie zauważył. Co nie gwarantuje nieproszonych gości o świcie 😉

Miejscowi gotują na żarze z węgla drzewnego. Wielkie wory sprzedawane są przy każdej drodze.

Spuścizną po kolonizacji są potomkowie europejskich osadników. Dowiadujemy się, że na farmie Shiwa Ng’angu, prowadzonej przez wnuków Sir Stewart’a Gore-Browna mają gorące źródła. Zatrzymujemy się więc na dodatkowy dzień relaksu 😉 Skoro jesteśmy przy temacie ciepłej wody… W  Afryce zaskoczyło nas to, że praktycznie wszędzie (poza Egiptem i Sudanem) można wziąć gorący prysznic. W Azji, w budżetowym zakwaterowaniu, w jakim zwykle śpimy, właściwie nigdy się to nie zdarzało.

W tej zatoczce woda miała ok. 40 stopni. Źródło ponoć znajduje się kilka kilometrów pod powierzchnią ziemi i woda z każdym kilometrem traci 10 stopni ciepła. Kąpiel jest bezpieczna, z powodu temperatury krokodyle z pobliskiej rzeki nie zapuszczają się tu.

Spędzamy więc popołudnie wygrzewając się w w wodzie z kubkiem Martini w ręku 😉

Niestety, jak już pisaliśmy, w tym rejonie Afryki jest teraz pora deszczowa, pędzimy więc dalej, w kierunku bardziej suchych terenów.

Ta pani też by pewnie chciała 😉

Sprzedawczyni bananów i kassawy, bulw, które pełnią rolę lokalnych ziemniaków.

Miasteczka w Zambii to zazwyczaj większe skrzyżowanie skupiające baraki z bankiem, barem, sklepem i stacją benzynową. Tu centrum Mpiki.

Lusaka też nie grzeszy urodą. Jest trochę większym zbiorowiskiem baraków (nie licząc dzielnicy ambasad). Tu załatwiamy wizę do Namibii. Jest też mnóstwo centrów handlowych, gdzie uzupełniamy zapasy i ruszamy w dalszą drogę do Zimbabwe.


TanZam Highway

By | Tanzania | 14 komentarzy

TanZam Highway to prawie tysiąckilometrowa droga prowadząca z Dar es Salam w Tanzanii do Zambii. Tu widok z naszego kempingu w okolicy Morogoro 🙂

Waves? A może Super Black? Szeroki wachlarz usług fryzjerskich, błogosławieństwo gratis 😉

Kiosk. Prasa na miejscu i na wynos 🙂

Część TanZam Higway przebiega przez park narodowy Mikumi. Tablice ostrzegają przed dzikimi zwierzętami.

I rzeczywiście… 🙂

Dla przypomnienia: te zwierzaki obserwujemy sobie jadąc autem normalną drogą krajową, razem z autobusami i ciężarówkami 😉

Wbrew naszym wyobrażeniom o Tanzanii jako płaskiej sawanny, kraj okazał się mocno górzysty. Typowe chaty tanzańskiej wsi:

Miejscówka na lunch:

Powalony baobab. N. w charakterze skali 🙂

Na południu Tanzanii i w Zambii mamy porę deszczową. Jak pada, to porządnie.

Prowiant zdobywamy na bieżąco, od miejscowych sprzedawców. Tu szczęśliwie trafiliśmy na lokalną mleczarnię:

Zajmowanie się domem to Afryce naprawdę ciężka praca. Kobiety noszą nie tylko wodę , ale i drewno na opał.

Potrzeba matką wynalazku! Kolejny przykład tego, co dzieciak potrafi wykombinować z plastikowej butelki.


 

Zanzibar

By | Tanzania | 12 komentarzy
Jak się dostać na Zanzibar?

Na Zanzibar płynie się z Dar es Salam jakieś 2 godziny, w zależności od szybkości łódki. Niby to tylko wyspa u wybrzeży Tanzanii, ma jednak silne wpływy polityczne. Jest też źródłem sporych dochodów z turystyki. Przez lata archipelag Wysp Korzennych pozostaje ucieleśnieniem marzeń o egzotyce.

Co zobaczyć? Kolonialne miasto Stone Town

Pierwszą miejscowością do której przypływają turyści jest Zanzibar Town ze słynnym Stone Town. Główną atrakcją jest labirynt kolonialnych uliczek.

Beit el-Ajaib – 'House of wonders’. Kiedyś rezydencja sułtana Barghasha, dziś muzeum.

Słonioodporne drzwi

Symbolem Zanzibaru są 'słonioodporne drzwi’. Najeżone metalowymi wypustkami są pierwszym elementem, od którego rozpoczyna się budowę domu. Ich przepych świadczy o pozycji właściciela posesji.

Dzieci bawią się w zakamarkach uliczek.

Freddy Mercury urodził się na Zanzibarze

Zanzibar jest miejscem urodzenia i dzieciństwa Freddiego Mercury’ego, wokalisty Queen. Jako potomek Hindusów, Farrokh Bulsara został wysłany do szkoły w Indiach. Jest jednak kilka miejsc, np.pub, które próbują zarabiać na legendzie gwiazdy.

Portowe rozrywki dzieciaków i młokosów 🙂

Dzieci zamiast dmuchanych 'motylków’ używają pustych butelek.

Tradycyjne łodzie 'dhow’ wciąż produkuje się ręcznie, tradycyjnymi metodami.

Pokolenia rybaków dzielą się doświadczeniami.

Życie uliczne

Wyspy korzenne słyną z uprawy przypraw. Tu suszenie gałki muszkatołowej.

Sprzedawcy chleba.

Gastronomia bazarowa.

Kiosk i rzut oka na newsy.

Szkoła.

Wyspę zamieszkują głównie muzułmanie. Poza plażami lepiej ubierać się skromnie 😉

Nawet jeśli muzułmanki zakrywają włosy wciąż mają na ich punkcie obsesję. Salony fryzjerskie w ogromnej liczbie na każdej ulicy.

Kuriozum turystyczne. Buty biedoty zrobione z opon są sprzedawane również jako pamiątki!

Zanzibar ma też poważniejszą, czarną kartę w historii. Był jednym z przystanków na trasie handlu niewolnikami. Dziś na terenie dawnego targu ludźmi stoi anglikańska katedra.

Na wyspie otoczonej rafami koralowymi nawet pojemniki na wodę święconą zrobione są z muszli 🙂

Plaże – jak do nich dotrzeć na własną rękę?

Wyspa jest dosyć duża, zwiedzamy ją więc na wynajętym skuterze Piaggio 🙂

W Paje i okolicznych wsiach zarabia się na turystyce, ale też na uprawie alg i rybołóstwie.

Robimy też krótki wypad łodzią na nieodległą wyspę Changuu.

Ogromne żółwie

I stajemy łapa w łapę…

… oko w oko…

… z żółwiami gigantami 🙂

… ups 🙂

Ich wiek zaznaczany jest farbą na skorupach.

Między gadami zaplątał się paw 🙂