Category

RPA

Cape Town i wybrzeże

By | RPA | 32 komentarze

Dobrze pamiętamy dzień, kiedy przygotowywaliśmy naklejkę na samochód z trasą naszej wyprawy. Trudno nam uwierzyć, że już nadszedł moment naklejenia ostatniej kropki! W tym wpisie zapraszamy Was do podróży po wybrzeżu RPA i na najbardziej wysunięty na południe punkt Afryki, który był celem naszej wyprawy.

'Hole in the wall’ to miejsce, które spokojnie można zaliczyć do naturalnych cudów świata. Dowiedzieliśmy się o nim od turystów z RPA, nasz przewodnik w ogóle o nim nie wspominał!

Wybrzeże usiane jest miasteczkami. Najczęściej położone są one u ujść rzek.

Spektakularnych miejsc noclegowych też nie brakuje. Tu jeden z naszych kempingów:

Widok z naszego okna/auta 😉

Prawdziwą perła w koronie wybrzeża RPA jest Cape Town (zwane też Kapsztadem) leżące u stóp Góry Stołowej.

Z niej też rozciąga się najlepszy widok na miasto.

Góra Stołowa widoczna jest z wielu punktów miasta i często niespodziewanie wyłania się w tle 🙂

Zuchy drałują na górę piechotą, my wjeżdżamy kolejką linową 😉

Widoki z wysoka:

Stadion wzniesiony na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 2010 roku.

Wzgórze 'Lion’s Head’.

Szczyt góry stołowej jest rzeczywiście płaski jak stół:

Centrum miasta wygląda jak europejska stolica. Z jedną, przykrą różnicą – podczas gdy w Warszawie, Paryżu czy Berlinie można spacerować wieczorami po ulicach i korzystać z życia nocnego, tu przed zachodem słońca ulice pustoszeją z powodu ogromnej przestępczości. Mimo, że mieszkańcy RPA twierdzą, że to i tak najbezpieczniejsze z wielkich miast tego kraju. Na głównej turystycznej ulicy wypuszczamy się tylko do najbliższych restauracji i barów w pobliżu hotelu.

Robben Island u wybrzeża Cape Town – wyspa zesłania więźniów politycznych. Najsłynniejszym z nich był Nelson Mandela, który spędził tu 18 lat.

Cela, w której więziony był Mandela dziś jest najważniejszym punktem zorganizowanych wycieczek (nie można zwiedzać wyspy indywidualnie). Czasami przemysł turystyczny tworzy wynaturzone zjawiska: w sklepach z pamiątkami można kupić nawet magnesy na lodówkę ze zdjęciem celi!

Kamieniołom w którym pracowali więźniowie. Jak usłyszeliśmy od przewodnika, z powodu uszkodzeń wzroku, których się tu nabawił, oczy Mandeli ponoć nie mogą produkować już łez…

Odwiedzamy też Muzeum Dystryktu Szóstego, jednej z zamieszkałych przez czarnoskórą społeczność dzielnic Cape Town. Podczas Apartheidu została całkowicie wysiedlona i zrównana z ziemią. Poniżej przykłady tablic ilustrujących legalne podziały rasowe w tamtym czasie:

Dziś nie ma już oficjalnych podziałów rasowych, ale białych i czarnych dzieli przepaść ekonomiczna. Poniżej zdjęcie jednego z 'townships’ –  całych miasteczek slumsów zamieszkałych przez czarnych.

Cape Town ma urozmaiconą i długą linię brzegową.

Opływa je zimny prąd mamy więc okazję odwiedzić kolonię pingwinów 🙂

Latarnia morska na Cape Point.

Przylądek Dobrej Nadziei. Choć słynny, nie jest najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki.

Tak naprawdę naszym celem jest Przylądek Igielny:

Tu jest koniec Afryki! Tu spotykają się dwa oceany: Atlantycki i Indyjski.

Dalej jest już tylko Antarktyda 😉

Po pół roku drogi zasłużyliśmy na szampana 🙂

Świętujemy! Dziękujemy, że towarzyszyliście nam podczas wyprawy! Pozdrawiamy!

Lesotho

By | RPA | 8 komentarzy

RPA ma wszystko: spektakularne wybrzeże, niesamowite góry i piękne równiny. Tym razem z kempingu na farmie u stóp Gór Smoczych wyruszamy na najwyższą przełęcz południowej afryki – Sani Pass – bramę do górskiego królestwa Lesotho.

Ta trudna i niebezpieczna droga jest dostępna wyłącznie dla pojazdów 4×4.

Nawierzchnia jest mocno skalista.

Większość drogi biegnie po wąskiej półce skalnej.

Dominują zakręty o 180 stopni, miejscami bardzo ciasne 😉

Widoki wynagradzają jednak wszystko 🙂

Rzut oka na przejechaną trasę:

I nagroda po jeździe pełnej adrenaliny 😉

Tu poznajemy Peet’a i Louis’a. Spędzamy razem cały dzień rozmawiając o realiach życia w RPA.

Lesotho wita sam ogromnym kontrastem w stosunku do RPA.

Młody pasterz.

Schronienie pasterskie.

Chata może z kamienia i słomy, ale prąd z baterii słonecznej jest. Bogactwem Lesotho jest jednak woda, dlatego próbuje się tam stawiać na hydroenergetykę budując największe w południowej afryce tamy.

Głównym środkiem transportu w Leshoto są konie.

Gdyby ktoś jednak miał samochód myjnię też da się znaleźć 😉

Kopalnia diamentów.

Wioska.

Ludzie w RPA są dla nas niesamowicie mili. Mnóstwo razy byliśmy zapraszani na piwo, żeby była okazja do pogadania. Tu widok z domku nad jeziorem, w którym pani zarządzająca kempingiem pozwoliła nam zanocować, choć płaciliśmy tylko za pole namiotowe 🙂

Takie już mamy szczęście na tym wyjeździe, że najlepsze doświadczenia z ludźmi zdarzają się, gdy mamy największego pecha z autem. Pamiętacie kłopoty z Turcji? Tym razem jedna z najpoważniejszych możliwych awarii – śmierć uszczelki pod głowicą zdarzyła nam się na totalnym odludziu, w lasach, pod następującym znakiem:

Mocno zestresowani zajechaliśmy na najbliższą farmę.

Pokoje gościnne były tu dla nas o wiele za drogie, ale Colette, właścicielka farmy stwierdziła, że nie pozwoli byśmy spali w aucie i zakwaterowała nas za darmo.

Znaleźliśmy bezpieczny azyl, ale z pewnością nie było to miejsce dobre do naprawiania samochodu…

Ratunek przyszedł z niespodziewanej strony. Przypomnieliśmy sobie, że Peet podczas rozmów w Leshoto wspomniał, że jest mechanikiem specjalizującym się w silnikach diesla i na co dzień serwisuje pojazdy rozminowujące tereny w Afganistanie! Zadzwoniliśmy do niego i wyobraźcie sobie, że nasz anioł stróż nie tylko zgodził się przyjechać do nas 300 km w jedną stronę, ale naprawił nam auto i nie chciał za to ani grosza, nawet zwrotu kosztów paliwa!

Co całodziennej zabawie w wymianę uszczelki mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Mimo wielkiego stresu zapamiętamy przede wszystkim bezinteresowną życzliwość ledwo poznanych ludzi.

Kalahari i Kruger

By | RPA | 16 komentarzy

Dumą RPA są parki narodowe. Wybieramy z nich dwa skrajnie różne: położony na uboczu i rzadko odwiedzany park na Pustyni Kalahari (Kgalagadi Transfrontier Park) oraz najsłynniejszy i najbardziej oblegany park Kruger.

Na Kalahari przyjechaliśmy specjalnie, żeby zobaczyć surykatki 🙂

Podobną do nich mangustę żółtą też często można spotkać na tych terenach.

Okolica wyraźnie odpowiada gryzoniom. Po dość długiej potyczce wiewiórka skutecznie przepędza kobrę przylądkową ze swojego terytorium.

Wielokrotnie, w różnych parkach usiłowaliśmy wytropić lwa rodzaju męskiego…

To udało się w Krugerze. Lwy same wyszły nam na spotkanie podczas przejażdżki o wschodzie słońca 🙂

Ten lew może wygląda dostojnie… Co jednak robi o świecie na drodze? Oznaczają z kolegą swoje terytorium. Wiadomo czym… 😉

Kalahari tak naprawdę nie jest pustynią. Według geologiczno-meteorologicznych reguł spada tu zbyt wiele deszczu. Długie, niskie wydmy porastają trawa i drobne krzewy.

W dolinach rzek jest całkowicie zielono.

Tymczasem Kruger to przekrój przez wszystkie ekosystemy południowej Afryki (z wyjątkiem pustyni właśnie). Poniżej mix sawanny z buszem 😉

Suche koryto okresowej rzeki.

Za to w okolicy koryta rzeki Sabie wciąż widoczne są ślady niedawnej powodzi. Turystów ewakuowano ponoć helikopterami.

Często pytacie i dziwicie się, jak udaje nam się podejść zwierzęta tak blisko. Do tropienia zwierzyny trzeba jednak mieć szczęście. Parę razy go nie mieliśmy – zwierzęta potrafią się niesamowicie maskować. Ten lew wylegiwał się za krzakiem jakieś dwa metry od nas. Cudem go wypatrzyliśmy, po czym ziewnął, ułożył się do drzemki i tyle było widać.

Ten gepard wskoczył nam właściwie pod koła. Niestety, nim zdążyliśmy wyjąć aparat, to najszybsze zwierzę świata (potrafi biec z szybkością 120 km/h) było już daleko…

Czekanie aż hipopotam wyjdzie z wody może za to trwać niemiłosiernie długo…

W tropieniu pomocne są tablice, na których można zaznaczać na mapie ostatnie „spotkania”. Jedynym zwierzęciem, którego się nie odnotowuje (w Krugerze, na Kalahari nie występują) są nosorożce. To z powodu kłusowników, którzy co roku potrafią zabić nawet sto sztuk.

Jednym z najrzadziej występujących zwierząt jest likaon – my spotkaliśmy całe stado! Trudniej wypatrzeć tylko leoparda. Jak widać (czy raczej nie widać) nam się nie udało…

Kob śniady:

Starcie oryksów.

Przyszły byk impali.

Rzadkie dzioborogi kafryjskie.

Coś jak nasze szpaki 🙂

Niezidentyfikowany obiekt latający – na nasze potrzeby półsowa 😉

Gniazdo wikłaczy. Potrafi pomieścić całą kolonię ptaków.

Czasami przesadzają z rozbudową 🙂

Zwierzęta rzeczne to osobna historia. W środkowej części zdjęcia zad hipopotama 😉

Mieszkańcy RPA są mistrzami kempingu. Stawiają niesamowite twierdze z przyczepy, namiotu, dodatkowych parawanów, daszków i przedsionków. W środku kuchenki mikrofalowe, lodówki, zamrażarki, telewizory i Bóg wie co jeszcze.

Narodowym sportem jest tu braai, czyli pieczenie mięsa na otwartym ogniu. Rano, w południe i wieczorem. Przyciąga to do kempingu zwierzęta, poniżej hiena cętkowana:

Na nasze poranne kanapki z serem skusiły się za to małpy. Wystarczyło odwrócić się na sekundę, by sprawdzić czy woda na kawę się gotuje 😉

Jeździć i kempować można na wiele sposobów. Tu wóz rodzinki z Holandii, która z trójką dzieciaków jest w rocznej podróży przez Afrykę 🙂