All Posts By

admin

Park Narodowy Arches / Utah, USA

Park narodowy Arches

By | USA2019

Do Parku Narodowego Arches docieramy od południowego-wschodu, z Nevady. Stan Utah, w którym znajduje się park jest z pewnością jednym z najbardziej napakowanych spektakularnymi widokami miejsc na Ziemi. Z powodu braku czasu z bólem serca mijamy kolejne niezwykłe miejsca: Grand Staircase-Escalante, Capitol Reef, Canyonlands, czy w końcu Zion – to tylko te najbardziej znane i spektakularne parki narodowe Utah.

Utah przydrożne

Ale w Utah widoki zapierające dech w piersiach są na każdym kroku. Polecamy w tych rejonach podróż niezwykle widokową autostradą nr 70. Zatrzymujemy się na kolejnych przydrożnych parkingach nie wierząc, że to zwykłe miejsca na odpoczynek z toaletą i ławeczkami, a nie główne atrakcje jakiegoś słynnego parku.

San Rafael Swell, niezwykła formacja geologiczna, którą przecina spektakularna, widokowa autostrada Interstate 70. Będącym w tych okolicach polecamy obejrzeć jej przebieg dokładnie na Google Maps, zaznaczyć wszystkie punkty widokowe i zatrzymać się w każdym z nich. Oczywiście nie wszystkie są dostępne z naszej strony drogi (to jednak autostrada)

Arches – jak to wygląda w praktyce?

Miejscem wypadowym do Parku Narodowego Arches jest najczęściej miasteczko Moab. Turystyczny hub obsługujący pobliskie liczne parki narodowe stanu Utah, nie tylko Arches. To jednak wciąż małe miasteczko o górskim charakterze pełne ludzi chodzących po górach i uprawiających inne aktywności.

Sam Park Narodowy Arches słynie z wielkich łuków skalnych – to je przyjechaliśmy obejrzeć. W Polsce dość mało znany, tu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych.

Wyjątkowo dla amerykańskich parków, po Parku Narodowym Arches w końcu mniej poruszamy się samochodem. Parkujemy na centralnym, gigantycznym parkingu i dalej wyłącznie spacerujemy. Samochodem przemieścimy się w inne rejony parku. Najpierw jednak odwiedzamy ikoniczne miejscówki jak np. rozległy kanion z przypominającymi nowojorskie wieżowce skałami : Park Avenue.

Między kolejnymi największymi łukami jest 15 min – pół godziny piechotą. Główne ścieżki są szerokie i względnie płaskie. Poruszanie się z wózkiem dziecięcym nie stanowi problemu.

Double Arch jest absolutnie gigantyczny.

North Window – wielka skała z dziurą, wokół której i przez którą prowadzą przyjemne ścieżki – wszystkie idealne do spacerów z dzieckiem.

 

Skała zwana Balanced Rock – między kolejnymi formacjami skalnymi prowadzi bardzo widokowa droga, przy której co chwilę można się zatrzymać, pochodzić.

Widziany z daleka najbardziej chyba znany Delicate Arch – stan Utah umieścił jego wizerunek na swoich tablicach rejestracyjnych. Nie jest tak łatwo dostępny jak inne łuki. Amerykańskie parki słyną z dostępności głównych atrakcji. Tu jednak niespodzianka 😉 Oficjalna strona Parków ostrzega – you must get out of the car to view it – musisz wyjść z samochodu, by go zobaczyć. Szok. 91 metrów ścieżki. Podejmujemy wyzwanie. Aby podejść blisko, trzeba iść prawie 5 km. Niepojęte.

Landscape Arch do którego (o zgrozo dla Amerykanów) trzeba iść. Całe 40 min. Dlatego łatwo mieć tę okolicę dla siebie 🙂

Jak już wspominaliśmy Park Narodowy Arches jest idealnym miejscem na spacery z dzieckiem, nawet małym – dwuletnim. Korzystamy też z wózka, bez problemu dostając się nim w większość miejsc (choć niektóre ścieżki zbudowane są w formie skalnych schodów). I jak w każdym parku w USA – chcesz sobie pochodzić od tak – nie ma problemu, chcesz wyruszyć na długi i trudny szlak, na wiele godzin czy dni – również nie ma problemu.

Salt Lake City

Ruszamy na północ w stronę Yellowstone zatrzymując się w stolicy Utah i jednocześnie stolicy Mormonów. Oglądamy centrum miasta z niesamowitym budynkiem Świątyni czując się odrobinę jak innym świecie mijani przez niezwykle konserwatywnie, staroświecko ubranych ludzi.

mormoni

W drodze na północ zatrzymujemy się w wielu małych, klimatycznych miastach jak Pocatello. Wiele z nich ma ciekawe historyczne centrum.

death valley pogoda

Dolina śmierci

By | USA2019

Dolina Śmierci (Death Valley National Park) to kolejny park narodowy w USA, którego nazwa jest prosta, chwytliwa i rozbudza wyobraźnię – jakież to amerykańskie. I co również charakterystyczne dla USA, to nie tylko chwyt marketingowy mający podnieść atrakcyjność miejsca. W każdym z tego typu miejsc, których nazwy obiecują wiele, przekonujemy się, że obietnica znajduje pełne pokrycie w rzeczywistości. Jeśli chodzi o przyrodę i krajobraz USA, rzeczywistość niejednokrotnie znacznie przewyższa oczekiwania. Również Dolina Śmierci, mimo wcześniejszego sceptycyzmu z jakim ominęliśmy ją w trakcie poprzedniej wizyty w okolicy Las vegas, okazała się miejscem robiącym kolosalne wrażenie. Mimo, że pogoda w Death Valley należy do najbardziej skrajnych na świecie – jest to wciąż świetne miejsce na wizytę z małym dzieckiem

Death Valley – jak to wygląda w praktyce?

Dolina Śmierci leży niedaleko (2,5 godziny drogi) od Las Vegas i to właśnie miasto jest najczęściej bazą wypadową do najgorętszego miejsca w USA. Za „miejscowością”, a raczej punktem na mapie o nazwie Death Valley Junction zaczyna się prawdziwe pustkowie, w dodatku o ponurej nazwie Funeral Mountains Wilderness Area (Góry Pogrzebowe).

Dolina jest w rzeczywistości depresją ( do 86m pod poziomem morza) otoczoną całkiem wysokimi górami Panamint ( Telescope Peak 3368 m n.p.m.), ma ponad 200 km długości i 25 km szerokości. Ponieważ jest obszarem bezodpływowym, na jej środku znajduje się olbrzymie solnisko, wyschnięte słone jezioro, a właściwie ciągnące się po horyzont pole brył soli i pokrytego solą, pozornie suchego grząskiego błota. Dookoła solniska teren wznosi się, i znajdują się tam przeróżne ciekawe (pod względem kształtu, kolorów) formacje skalne, kaniony, punkty widokowe.

Death valley słynie z ekstremalnej pogody. Amerykanie lubią wierzyć, że u siebie w kraju mają przeróżne rzeczy, które są „naj”, wierzą więc, że Dolina Śmierci jest najgorętszym miejscem na Ziemi. Jest to oczywiście nieprawda, jednak faktycznie pogoda bywa tu mało sprzyjająca życiu. Początek maja, kiedy odwiedzamy dolinę, jest idealnym momentem w ciągu roku. Nie jest specjalnie gorąco, temperatura dochodzi do 27-28 stopni w południe. Bez problemu poruszamy się po szlakach z dwuletnią córką. Oczywiście w lecie bywa tu znacznie, znacznie bardziej gorąco. Nam wystarczyło 47 stopni na tamie Hoovera w lecie, cztery lata wcześniej.

Dolina obfituje w pobudzające wyobraźnię nazwy. Można by nazwać to miejsce „polem błota pokrytego solą” ale czyż nie lepiej brzmi  Badwater i Devil’s Golf Course – Diabelskie Pole Golfowe? Nazwa pochodzi z wydanego przez National Park Service w 1934 roku przewodnika, w którym napisano o tym miejscu, że „Tylko diabeł może grać w golfa na tej powierzchni”. Jak to w Ameryce – dostępność atrakcji jest najważniejsza – a więc na sam środek solniska możemy wjechać utwardzoną, szeroką solną drogą. Natomiast to, co w koło, co pozornie wygląda na wyschniętą solną skorupę, jest w wielu miejscach grząskim błotem.

Czy można polizać Dolinę Śmierci? Trzeba sprawdzić jak smakuje.

Po dolinie poruszamy się oczywiście samochodem, ale jak zawsze w amerykańskich parkach – także tu oprócz punktów widokowych (parkingów), mamy do dyspozycji liczne szlaki piesze. Od krótkich, po wielogodzinne.

Zabriskie Point to kolejna nazwa-ikona popkultury. Miejsce to inspirowało i zachwycało wielu. Filozof Michel Foucault powiedział, że podróż tu, to największe doświadczeniem w życiu (jest spektakularnie ale … serio?) Najbardziej znane miejsce w Dolinie Śmierci jest jednym z punktów widokowych z wygodnym parkingiem (idealnie by przespacerować się z małym dzieckiem) Mamy stąd ikoniczny widok na niesamowite formacje skalne i solnisko Badwater za nimi, a w tle trzytysięczniki. Punkt znajduje się na 251 m nad poziomem morza, a kolejny Dante’s View na 1699m – łatwo więc zrozumieć jak mocno zróżnicowany jest ten teren i jakie ekstremalne różnice w wysokości i co za tym idzie pogodzie oferuje Death Valley.

Las Vegas z małym dzieckiem?

A jeśli chodzi o samo Las Vegas to podczas poprzedniej wizyty wydało nam się bardzo ciekawe – z całą tą sztucznością, pretensjonalnością, złym gustem i przesadą ale jednocześnie z egalitarnym charakterem. Vegas jest dla każdego, dla bogatych ale i dla zwykłych ludzi, schlebia najniższym gustom i instynktom, zachęca do luzowania norm i zasad, co amerykanie chętnie robią. To takie kolonie dla dorosłych, panuje tu atmosfera tylnego siedzenia w autobusie na szkolnej wycieczce.

Tym razem patrzyliśmy nieco z innej perspektywy – mamy ze sobą dwuletnie dziecko. Nawet mieszkając w hotelu-kasynie pomijamy dolne piętra, gdzie wiecznie jest półmrok, zapach papierosów i chaos i gdzie nasza córka zapewne czułaby się wspaniale fascynując się mrugającymi światełkami setek kolorowych automatów do gier.  Szukamy innych atrakcji. Neony są jedną z nich. do Muzeum Neonów nie udaje nam się dostać już po raz drugi – jakoś chyba nie jest nam pisane. Wystarczy jednak wyjść wieczorem na miasto. Oprócz neonów, cały ten ruchliwy, kolorowy zgiełk to jak jeden wielki plac zabaw. Fontanna przed hotelem Bellagio też robi na Hani spore wrażenie. Odkrywamy również dzienne, spokojniejsze i bardziej rodzinne oblicze Vegas 🙂

Hania długo jeszcze będzie wspominać, jak to była w Las Vegas, co w ustach dwulatki brzmi całkiem zabawnie.

Joshua Tree

By | USA2019

Park Narodowy Joshua Tree nie należy do najbardziej znanych i odwiedzanych parków zachodniego wybrzeża USA, jednak wybraliśmy go z kilku powodów. Szukaliśmy miejsca łatwo dostępnego z dziećmi, w tym z niemowlakiem, wózkiem, nosidłem itd. Chcieliśmy odwiedzić miejsce pustynne (park leży na styku pustyni Mojave i Colorado), względnie odosobnione, mało zatłoczone. Chcieliśmy zobaczyć również te słynne, charakterystyczne drzewa. Nazwa też jest intrygująca, bardzo amerykańska. Z biblijnym odniesieniem i ewidentnie marketingowym zacięciem. Jak w przypadku wielu tego typu nazw parków ma pobudzać wyobraźnię (inne takie? np. Craters of The Moon, Devils Tower, Dry Tortugas czy najbardziej znany Zion)

Gdzie to jest?

Park Narodowy Joshua Tree leży w Kalifornii – w pustynnej części tego stanu (pustynia Mojave), w połowie drogi między Los Angeles, a Las Vegas. Bramą do parku jest położona w środku pustyni miejscowość o intrygującej nazwie Twentynine Palms (choć również pustynny kurort Palm Springs). Kiedyś byli tu poszukiwacze złota, dziś największa baza marines na świecie. Zaraz za miasteczkiem są już tylko skały. Aby dotrzeć do parku należy wjechać okolo 1000 metrów wyżej (do 1600m n.p.m.) kilkudziesięciokilometrową, prostą drogą przez surowe, absolutne pustkowie.

Co to za drzewo?

Słynne drzewo jozuego – Joshua Tree – to tak na prawdę Juka (Yucca brevifolia).  Właściwie to rosną wszędzie w koło, nie tylko w parku narodowym, również wzdłuż autostrady. Tu jednak są ich ogromne gaje i na prawdę duże egzemplarze. To pustynna roślina jednak młode drzewa potrzebują zdecydowanie więcej wody – stąd w wyniku ocieplenia klimatu jest ich niezwykle mało. Szacuje się, że do końca stulecia zniknie 90% z nich. Miejmy nadzieję, że tak nie będzie i park narodowy Joshua Tree wciąż będzie miał od czego czerpać swoją nazwę.

Nie tylko drzewa

Park narodowy Joshua Tree to nie tylko charakterystyczne Juki. To również niesamowite formacje skalne – zawsze mocno zaokrąglone głazy wszelkich kształtów, niektóre ułożone na sobie w wydawałoby się niemożliwy do osiągnięcia dla natury sposób.

Jak w każdym parku także tu, niektóre formacje i miejsca mają swoje nazwy i automatycznie stają się atrakcją wymienianą we wszystkich materiałach promocyjnych i cieszącą się ogromnym wzięciem fotograficznym jak ten jałowiec i towarzyszący mu głaz 🙂 Zaiste fotogeniczna para.

Joshua Tree z dziećmi

Zwiedzanie parku to jak zwykle w USA : sporo podróży samochodem, od jednego do drugiego punktu gdzie zobaczyć można ciekawe formacje skalne lub pochodzić szlakami. I tak jak zawsze w amerykańskich parkach: są przynajmniej trzy poziomy dostępności: po pierwsze atrakcje dostępne na wyciągnięcie ręki, wystarczy zjechać na parking/pobocze – można nie wychodzić z auta :), po drugie są łatwe i krótkie ścieżki / szlaki, dostępne dla dzieci i wózków – od kilku minut do powiedzmy godziny, po trzecie dla chcących doświadczyć parku bardziej są długie i trudno dostępne szlaki, na wiele godzin ale i dni w drodze, beż żadnej infrastruktury, w kompletnej głuszy. To niesamowita cecha parków narodowych w USA. W Joshua Tree bez problemu poruszamy się z wózkiem. W parku są też kampingi, można spędzić noc. Żałujemy, że tego nie zrobiliśmy – ilość gwiazd jaką można by tu zobaczyć musi być imponująca.

molo w New Port

Los Angeles

By | USA2019

Los Angeles odwiedziliśmy w trakcie naszej poprzedniej podróży do USA, cztery lata wcześniej. Teraz jest dla nas po prostu punktem startowym. Nie pokochaliśmy tego miasta i kolejna w nim wizyta nie zmieniła tego postrzegania. Ponownie lądujemy również w Hollywood, którego główna ulica Hollywood Blvd z wmurowanymi w chodnik gwiazdami na cześć wielkich postaci filmu ponownie wydaje nam się groteskową i chaotyczną pułapką na turystów, zaskakująco pozbawioną uroku jak na miejsce tak legendarne. Pod Mc Donaldem, na gwieździe Malylin Monroe wciąz stacjonują proszący o datki bezdomni, a w koło wiatr przesuwa śmieci. Tym razem odwiedzamy tu jedynie ciekawe The Hollywood Museum z rekwizytami ze znanych produkcji. Cieszymy również oko interesującą art-decową architekturą.

art deco los angeles

Ponownie odwiedzamy również legendarny Bulwar Zachodzącego słońca – wciąż wypełniony bazarowymi straganami z badziewiem najgorszego sortu. Tu ale i wszędzie indziej obserwujemy stale rosnące nowe oblicze Stanów – oblicze ludzi żyjących w drodze, kiedyś powiedzielibyśmy – bezdomnych. Vanlife to nie zawsze perfekcyjne, zbalansowane życie do pokazywania na Instagramie. Tu nie zawsze jest tak kolorowo, często wygląda to gorzej niż w historii znanej z Nomadlife.

ludzie mieszkający w kamerach

Zaraz potem przeskakujemy do innego świata. Carrol Avenue i szerzej Angelino Heights to okolica pełna starych wiktoriańskich rezydencji, w większości świetnie utrzymanych, zadbanych. To jedno z pierwszych suburbii Los Angeles, które wyrosło poza ścisłym centrum (Downtown).

wiktoriański dom Los Angeles

wiktoriański dom Los Angeles

wiktoriański dom Los Angeles

W Los Angeles miejsc do plażowania nie brakuje, plaże są ogromne i ciągną się kilometrami. Szukamy czegoś specjalnego, mniej oczywistego. W trakcie podmiejskich eksploracji trafiamy do Newport Beach – kurortu w starym stylu, z ogromnym historycznym molo. Okolice półwyspu Balboa słyną z ogromnych fal, obserwujemy je z molo i z miejsca zwanego The Wedge na końcu półwyspu.

molo w New Port

zachód słońca kalifornia

lofoty norwegia

Vanlife w Norwegii. Samochodem na Lofoty

By | Norwegia | No Comments

Vanlife czyli życie w mieszkaniu na czterech kółkach może mieć różne oblicza. Czasem to podróż bez końca, czasem to średniej długości wyjazd jak nasza półroczna podróż z Polski do RPA, a czasem – jak wym razem – krótki wypad. Zawsze jednak wiąże się to z minimalistycznym podejściem do życia, skoncentrowaniem całego swojego życia do tego co zmieści sie w samochodzie. Zwykle chodzi też o podróż vanem, czyli po naszemu busem, ale przecież każdy dom na kółkach jest podobny. Norwegia ze względu na łatwość dojazdu i wysokie koszty życia i podróżowania w inny sposób jest idealnym miejscem na wyjazd pod znakiem #vanlife.

Na północnym koniuszku Danii znajduje się miasteczko Krystiansand. Jego niesamowita plaża, o piasku tak ubitym, że spokojnie da się po niej pędzić z wiatrem na rowerze, na pewno zatrzymałaby mnie na dłużej, gdyby nie fakt, że trzeba było wsiadać na prom do Norwegii

Pierwsze wrażenie po zjechaniu z promu: to jakiś inny kontynent. Jest skaliście, ciasno i pionowo. I mokro.

W Norwegii jechać można (w większości miejsc) max. 80km/h, a do przejechania jest kilka tysięcy kilometrów. Słynne norweskie mandaty skutecznie zachęcają jednak do trzymania się ograniczeń. Poza tym drogi są wąskie i bardzo kręte, dużo szybciej by się i tak nie dało.

Gdy dłużej pada, wszędzie pojawiają się wodospady. Niektóre są małe i blisko, inne kilkusetmetrowe płynące jakby w zwolnionym tempie.

Nowe problemy dnia codziennego: problem ze skalą. By wyobrazić sobie jak wielkie jest coś, co widzimy i jak daleko się znajduje potrzebujemy odniesienia do czegoś, co znamy. Inaczej jesteśmy bezradni w ocenie wielkości. Prom poniżej przewozi kilka autobusów i wiele samochodów.
Preikkestolen, co znaczy Ambona – najbardziej znana atrakcja Norwegii robi wrażenie. Warto się wybrać, nawet jeśli widoczność jest pozornie zerowa. Pogoda zmienia się całkowicie z minuty na minutę.

Półka jest wielka, ale kolejka ustawia się tylko w jednym konkretnym miejscu. Każdy musi zrobić to jedno konkretne ujęcie – nieubłagane prawo masowej turystyki.
Żyjąc w mieście człowiek nie jest gotowy na obcowanie z takimi przestrzeniami. A przecież to tylko mała odnoga fiordu długiego na dziesiątki kilometrów. Wysokość tylko 600 m n.p.m.
Osławiona skandynawska możliwość rozbicia namiotu w dowolnym miejscu byle dalej niż 150m od zabudowań, czy też ogólnie nocowania na dziko, w praktyce nie jest taką prostą sprawą. Południe Norwegii to tereny bardzo skaliste, jeśli już gdzieś da się wygospodarować kawałek względnie płaskiego terenu, prawie zawsze coś tam jest – dom, pole, jakiś ogrodzony teren. A zwykle mamy ulicę i od razu skalistą ścianę. No camping to najczęstszy napis widoczny wzdłuż norweskich dróg.

Przy drogach co jakiś czas znajdują się parkingi ze stoliczkami i (często) świetnej jakości łazienką. Zwykle są to także miejsca położone w bardzo spektakularnych okolicznościach przyrody. Trudno się dziwić, że na noc gromadzą się tam kampery oraz samochody służące do spania. Bywa, że ktoś rozbije sobie namiot. Teoretycznie jest to zwykle niedozwolone. Norwegowie patrzą na to zjawisko z niechęcią – dla nich to porównywalne do spania na ławce w parku – a więc w miejscu publicznym, dostępnym do odpoczynku na chwilę.

Domy białe, budynki gospodarskie bordowe. O podkreślającej indywidualizm kolorystycznej fantazji nie ma tu mowy. Dzięki temu miasteczka są bardzo stonowane i powściągliwe. Mimo oczywistej zamożności mieszkańców także niezwykle skromne.

Hytte, czyli drewniany domek letniskowy – to prawdziwy symbol Norweskiego stylu życia. Hytte są wszędzie, są ich tysiące – zaraz za miastem i głęboko w dziczy. Norwegowie wynajmują je na weekendy. Ceny… typowo norweskie. Są taże Hytte przy szlakach górskich, dostępne dla wszystkich chodzących po górach i zastępujące nasze schroniska. Wewnątrz jest pełne, dostępne dla każdego wyposażenie. Część z nich jest otwarta ale większość wymaga posiadania specjalnego klucza wydawanego przez DNT – odpowiednik naszego PTTK
Fiordy to często kilkaset metrów pionowej skały wyrastającej wprost z morza. A co jest na górze? Rozległy płaskowyż i niezwykle surowe krajorazy. Bywa tam też sporo zimiej i niezwykle wietrznie. Dobre miejsce na nocleg na dziko z klimatem.
Poruszanie się w terenach położonych blisko wybrzeża oznacza konieczność korzystania z licznych promów. Z reguły nie czeka się na nie dłużej niż kilkanaście minut. Kosztują mniej lub więcej – średnio 50zł za przeprawę. Inne opłaty to częste płatne odcinki dróg, zwłaszcza za przejazd największymi mostami, czy tunelami, a także płatne wjazdy do miast. Opłaty są niskie – zwykle kilka, kilkanaście zł – jednak w sumie, w połączeniu z promami może się z tego uzbierać konkretna kwota.

Lodowiec Jostedalsbreen – największy w kontynentalnej Europie, a właściwie jeden z jego języków, które schodzą w dół z wyższych partii gór. Lodowce w Norwegii mają intensywnie jasnoniebieski kolor. Zjawisko to ma swoje wytłumaczenie.

Woda w lodowcowym jeziorze Lovatnet ma intensywnie turkusowy kolor.
Zielone dachy darniowe to tradycyjne skandynawskie rozwiązanie na ocieplenie i zapewnienie wodoszczelności dachu. Widać je wszędzie – pokrywają publiczne toalety, domki letniskowe i nowoczesne, designerskie rezydencje.
Śnieg, czy lodowiec? Białe, a więc zwykły śnieg.
W górach znacznie łatwiej o miejce na dziki nocleg. Idealnie by poczuć, że jest się na końcu świata 😉 Pogoda takie poczucie bardzo ułatwia.
Najbardziej znany z fiordów Geiranger, a właściwie jego ostatnia, najwęższa odnoga – wciąż wystarczająco wielka, by wpływały tam ogromne wycieczkowce.

Kolejny raz wielki prom samochodowy ratuje poczucie skali. Przestrzeń z jaką ma się tam do czynienia nijak nie może być oddana przez zdjęcia.

Kolejna przełęcz, kolejne świetne miejsce na dziki nocleg i konfrontację z szalonymi wiatrami i częstymi zmianami pogody. Tuż powyżej słynnej drogi troli.

Trollstigen. Droga troli. 9% nachylenia. 11 serpentyn. 300 metrowy wodospad po drodze. Rowerem jest ciężko.

Drogi prowadzące w góry, do miejsc, gdzie zaczynają się szlaki są często prywatne i płatne. Czasem za pomocą koperty, do której trzeba włożyć gotówkę i samemu pobrać sobie bilet, czsem płatność odbywa się kartą.

Dzięki widokowi 3D w Google maps znajduję wiele takich miejsc jak to. Świetnych by przenocować w kompletnej dziczy, a przy okazji trochę pochodzić po górach.

Droga atlantycka z typowym dla Norwegii mostem, wygiętym w wysoki zapewniający żeglowność łuk. Przy sztormowej pogodzie fale zalewają przejeżdzające nim auta. Wiatr sprawia, że przejazd rowerem okazał się niezłym wyzwaniem.

Norwegia to ciekawy kraj. Szczyci się największą liczbą elektrycznych pojazdów – dziennie widuje się dziesiątki aut marki Tesla. Kraj dąży do pełnej elektryfikacji transportu w ramach szczytnych eko-idei, a jednocześnie całe to bogactwo finansuje sprzedaż ropy reszcie świata. No i oczywiście handel bronią. Ale z poziomu ulicy jest niemal idealnie.

Jeśli oddalimy się od wybrzeża wgłąb lądu, krajobraz zmienia się diametralnie. Większa wysokość nad poziomem morza, ogromne rozległe płaskowyże, subartktyczna roślinność i ogromne dzikie rzeki. I przede wszystkim pustkowia.

Jadąc widokową drogą Helgelandskysten prowadzącą przez Helgeland wzdłuż wybrzeża, koło podbiegunowe przekracza się promem. Miejsce to oznaczone jest charakterystycznym globusem.

Klimat wybrzeża północnej Norwegii, dzięki ciepłemu prądowi morskiemu Golfstrom nie jest zbyt surowy. Jest zdecydowanie cieplej niż w centralnej części kraju, mimo że tereny te znajdują się już za kołem podbiegunowym.

Przydrożne place do odpoczynku bywają różne, czasem tradycyjne, a czasem są małymi perełkami architektury.

Lodowiec Svartisen to drugi co do wielkości lodowiec Norwegii. Jego języki spływają niemal do poziomu morza. Z punktów widokowych i miejsc, gdzie zaczynają się szlaki wydaje się, że lód znajduje się całkiem niedaleko. Nic bardziej mylnego. To kwestia trudności w ocenie skali. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do brył lodu wielkości budynków.

Każdy „mały” odłamek lodu ma wielkość domu. Ta lodowa jaskinia ma rozmiary wielu pięter. A jest przecież maleńka w skali całego języka lodowca.

Do lodu wciąż pare godzin marszu przez morenę. Ścieżki brak, więc trzeba wielokrotnie się wracać, gdy nagle drogę odgrodzi wielka rozpadlina.
Na Lofoty można dostać się lądem, z którym łączą je mosty. Jadąc z południa najlepiej jednak popłynąć promem z miasta Bodø.

Krajobraz Lofotów jest niewiarygodny. Góry nie są wysokie, sięgają zwykle 600-800m n.p.m. ale wyrastają pionowo z wody i tworzą bardzo dramatyczny krajobraz.
Lofoty słyną z niesamowitych piaszczystych plaż. Najbardziej znana z nich Kvalkvika jest dostępna tylko od strony morza, albo po przejściu przez góry. I znów: aparat nie jest w stanie oddać skali tej ogromnej przestrzeni.

Lofoty są bardzo turystycznym miejscem. Stare, rybackie osady zmieniono w skromne, ale luksusowe Hotele. 

Rusztowania do suszenia ryb (sztokfisz) to nieodłączny element krajbrazu Lofotów.
Kolor zatoczek sugeruje, że to tropikalne wyspy. To typowy dla Lofotów widok. Wystarczy wejść na dowolną górę i spojrzeć na wyspy z innej perspektywy.
Niewielki szczyt Voladstinden jest łatwo dostępny, a oferuje oszałamiające widoki. Na Lofoty to mekka lubiących chodzić po górach. Szczytów jest setki, trasy są wszelkiej możliwej trudności i długości. Można w 2-3 godziny cieszyć się widokami, można iść przez góry kilka dni. W przeciwieństwie do reszty Norwegii, tu szlaki nie są oznaczone. Na szczęście jest wiele osób, które w Internecie opisują trasy na bardzo dużą ilość szczytów. Czasem odnalezienie samemu początku szlaku bywa trudne. Chcąc chodzić tu po górach warto odwiedzić takie strony jak http://www.68north.com czy http://www.rando-lofoten.net

Schronienie dla rowerzystów. Publicznie dostępne, otwarte miejsce nad samym oceanem, gdzie można się przespać objeżdżając wyspę.

Zaraz obok znajduje się troche bardziej swojska chata. Oczywiście też otwarta i w pełni wyposażona.

Wracając z Lofotów zahaczam o szwedzką część Laponii. W regionie tym znajdują się najwyższe szczyty Szwecji sięgające 2000m n.p.m. Jednak krajobraz ma postać rozległego płaskowyżu, szczyty są łagodne a przestrzenie niesamowicie wielkie. To jedne z ostatnich pustkowi w Europie. Tylko jeziora, rzeki i połacie brzozy karłowatej. I stada reniferów, które czasem wychodzą na drogę.

święto zmarłych meksyk

San Cristobal de las Casas

By | Meksyk | No Comments

Ze stolicy stanu Chiapas, Tuxtla Gutierrez do miasta San Cristobal de las Casas, które było naszym kolejnym celem, wiedzie niesamowita górska autostrada.  Na odcinku 50 km wspinamy się o prawie 2000 metrów w górę. Droga ta nie traci nawet na moment charakteru autostrady, więc wszyscy pędzą i wyprzedzają się ile wlezie i pod górę, i z góry.

Z upalnej dżungli na wybrzeżu z ulgą przenieśliśmy się do tego znacznie chłodniejszego, górskiego (2200 m n.p.m.) miasta. Choć chciałoby się napisać „miasteczka”, bo mimo iż San Cristobal de las Casas liczy blisko 160 tysięcy mieszkańców, jego niska, kolorowa zabudowa i wąskie brukowane uliczki sprawiają, że jest tu przytulnie i kameralnie.






Widzieliście gdzieś wyższe krawężniki? Tu musieliśmy się przerzucić z wózka na nosidełko.


Tym razem zamieszkaliśmy w jednej z typowych meksykańskich willi z pokojami ulokowanymi wokół wewnętrznego dziedzińca.




Dzień targowy. Przedstawicielki rdzennej ludności Tzotzil w tradycyjnych spódnicach z owczej wełny zjechały z okolicznych wiosek na zakupy…




… lub handlować swoimi wyrobami.


Dziecko w chuście, smartphone w ręce, znajomy widok? 😉


I tradycyjnie: przyjemny rynek, gdzie koncentruje się życie miasta. Tu można wypucować buty, a tam kupić pieczoną kukurydzę…



Tutejszy street food: orzechy macadamia, łuskane na życzenie oraz smażone banany.


A co powiecie na chayote z wody? To roślina bardzo popularna, choć średniej urody, raczej nieciekawego smaku i noszącą niezbyt urokliwą polską nazwę kolczoch jadalny…

Jeden z najważniejszych zabytków miasta, kościół Santo Domingo jest niesamowicie zdobny, jednak pierwsze wrażenie psuje otaczający go bazar.

Poprawia się ono nieco, gdy zauważamy, że można kupić wspaniałe, lokalnie, a często wręcz na miejscu wytwarzane rękodzieło: haftowane ubrania, torby, hamaki, zabawki… Całkowite przeciwieństwo produkowanych w Chinach pamiątek, które wciska się nam we wszystkich turystycznych miejscach na świecie. Trudno było się powstrzymać, kupiliśmy więc między innymi takie zabawki:

Z pewnym trudem odnaleźliśmy znajdujące na obrzeżach miasta muzeum tradycyjnej medycyny Majów. Niektóre przedstawione tu praktyki wydają się z naszego punktu widzenia ekscentryczne – na przykład rodząca kobieta „okadzana” jest żywą kurą… Za to piękną ideą, do której Europejczycy dojrzali zaledwie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkanaście lat temu, jest aktywne uczestnictwo męża w porodzie.


Mamooo, a skąd się biorą dzieci? 😉

Niektóre zioła czy specyfiki można kupić w tutejszej „aptece” i dzisiaj.

Jednym z charakterystycznych elementów miasta są sanktuaria na otaczających je wzgórzach.


Z San Cristobal wyskoczyliśmy na chwilę do miasteczka Chamula, zamieszkałego niemal wyłącznie przez ludność Tzotzil. Jego odrębność przypieczętowuje fakt, że posiadają oni nawet swoją własną policję.


Miejscowość słynie z bardzo ciekawego kościoła San Juan. Niestety nie można w nim robić zdjęć. Właściwie nie niestety, bo panowała tam tak niesamowita atmosfera, że grzechem byłoby rozpraszanie jej strzelaniem fot.  Nie ma tu ławek, wyłożoną kafelkami podłogę pokrywa gruba warstwa sosnowego igliwia, na którym klęczą wierni. Wokół poustawiane są gabloty z figurami świętych, wszędzie palą się świece…


Miejscowy cmentarz. Za ozdoby służą te same długie sosnowe igły, które wcześniej widzieliśmy w kościele.


Odwiedzenie lokalnego targowiska to zawsze doskonała okazja do obserwacji…


Oddalony o godzinę drogi Kanion Sumidero, może nie jest największy na świecie, ale jego sięgające 1200 metrów ściany robią absolutnie spektakularne wrażenie.

Większość ludzi bierze udział w rejsie rzeką Grijalva. Podobno na nabrzeżach można obserwować dzikie zwierzęta, w tym krokodyle.

Są to jednak małe, odkryte łodzie, trasa zajmuje ok. 3 godzin, nie zdecydowaliśmy więc na niego z dzieckiem, a zamiast tego przejechaliśmy trasę naznaczoną punktami widokowymi na krawędzi kanionu.


Nieodzownym elementem stroju każdego szanującego się mężczyzny, jest w tych okolicach kowbojski kapelusz (vaquero).


Mamy słabość do miejscowości stawiających pomniki owocom i warzywom 😉

Meksyk słynie ze spektakularnych zabytkowych kościołów. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie oddalili się od utartego turystycznego szlaku. Prowincjonalne kościółki na przedmieściach i w wioskach są skromne, ale mimo to ciekawe.

Krajobrazy stanu Chiapas.

A czym poruszamy się po Meksyku? Tym razem nie 4×4. Wynajęliśmy skromnego Nissana Versa który zaskakująco dobrze dał sobie radę, zarówno na licznych i długich górskich podjazdach, drogach wijących się na wysokościach ponad 3000 m n.p.m., jak i na morderczych progach zwalniających.

A na koniec, zobaczcie: taki pasażer na gapę spadł na nas z drzewa.

Islamabad

By | Lądem do Indonezjii, Pakistan | No Comments
Stolica Pakistanu powstała w latach 60tych XX wieku od zera jako modelowe miasto. Podzielone jak szachownica na sektory, bez centrum, z niską zabudową ukrytą w zieleni* oraz monumentalnymi budowlami, jest wzorem uporządkowania i czystoąci dla innych miast, oraz wizytowką nowoczesnego oblicza Pakistanu. Chyba dlatego niewielu tu ludzi.
*poza przystrzyżonymi krzaczkami, znaczna część tej zieleni to rosnaca w 2-3 metrowych krzakach gandzia samosiejka. Pachnie pięknie.
Koraniczna komórka. Dostępne opcje: cyfrowy koran w 7 jezykach z recytacją, wskazanie kierunku Mekki, alarm przypominający o modlitwie, tapety, dzwonki koraniczne. W banku godziny pracy uwzględniaja przerwę na modlitwę, choć tylko w piątek. Przerwa na modlitwę jest zresztą dość powszechna – choćby w czasie długich przejazdów autobusem.

Lahore

By | Lądem do Indonezjii, Pakistan | No Comments
Do Lahore z Quetty jedzie się 30 godzin. Wliczając korek. Za oknami autobusu mijamy w zasadzie połowę kraju. Trochę żal, a jednak my kierujemy się na północ, w góry. Lahore jest jednym z trzech głównych miast Pakistanu (obok Islamabadu i Karaczi), liczy 11 milionów mieszkańców i jest kulturalną stolicą kraju – trochę takim pakistańskim Krakowem.
Zwiedzając zabytki mamy wrażenie, że to my jesteśmy atrakcją. Miejscowi turyści co krok proszą nas o wspólne zdjęcie.
Na ulicach widuje sie znacznie wiecej kobiet niz na zachodzie kraju. Widać też różnicę w zamożności, odświętności – zwłaszcza wśród odwiedzających Cesarski Meczet (Meczet Badshahi)


Spotykamy też Malangów – muzułmańskich ascetów. Odpowiedników indyjskich Sadhu
Mając zabytki za sobą ruszamy zanurzyć się w tym, co lubimy najbardziej – w ulicznym życiu miasta
Meczety są wszędzie, małe i duże, lokalne i te najbardziej znane.
Pakistan to nie tylko klasyczny Islam. To kraj sufizmu, mistycznej odmiany tej religii. Na każdym kroku trafiamy na groby i mauzolea jakichś ważnych sufich
Uliczne jadłodajnie może nie zachwycają wyglądem, jednak zawsze serwują najlepsze jedzenie
Kino odgrywa tu podobnie ważną rolę społeczną jak w Indiach. To często jedyna forma oderwania się od ciężkiej codzienności
Zdecydowana wiekszosc ludzi odetchnela z ulga po rezygnacji gen. Musharaffa ze stanowiska prezydenta Pakistanu. Zwolennicy niezyjacej Benazir Bhutto czestowali nas swiatecznym ciastem by podzielic sie radoscia z zadzialania mechanizmow demokracji.
Życzliwi dali nam kilka rad jak powinna ubierać się kobieta na pakistańskiej ulicy. Odwiedziliśmy polecony nam zakład krawiecki. Na tej maleńkiej powierzchni ci oto panowie uszyli dla Natalii stosowne odzienie – Salvar Kamiz. Następnego dnia ubiór był do odbioru
Tu raczej nie stosuje się eufemizmów w stylu ’snieżnobiały usmiech’. Coś, co nas szokuje, tu jest normalne. Używane zęby, oczywiście w świetnym stanie 🙂 można nabyć na straganie, od ulicznego sprzedawcy nieopodal gabinetu dentystycznego.
Trafiamy też do dzielnicy dla nowożeńców. Karety, obuwie ślubne, wszystko wydaje się trochę bajkowe.
Narodowy sport Pakistanu to oczywiście krykiet. Wieczorem, gdy ruch uliczny ustaje, arterie w dzielnicach mieszkalnych często stają się boiskami do gry. Często słyszymy jak chłopcy pytają jaki jest nasz ulubiony gracz w krykiera. Ciężko im zrozumieć naszą bezradność w tej materii.

Quetta

By | Lądem do Indonezjii, Pakistan | No Comments
Do Quetty docieramy autobusem. Na szczęście nieco lepszym niż ten. Widząc jednak autobus pełen owiec zastanawiamy się co może nas tu spotkać.
Quetta ze względu na bliskość granicy kulturowo bliższa jest Afganistanowi niż reszcie Pakistanu. Jedyne kobiety na ulicach to afgańskie żebraczki w burkach. Bron i wojsko są tu wszechobecne. Żołnierze z kałaszami machają jednak na powitanie i sami się rwa by wskazać nam drogę. Uspokojeni bezpieczeństwem na ulicach irańskich miast po Quettcie poruszaliśmy się zbyt swobodnie, także po zmroku. Miejscowi dziwili się i ostrzegali, nie potrzeba im martwych obcokrajowców w ich mieście. Nagłówki porannych gazet wytracają nas z sielanki: granat wrzucony do sklepu, bomba w parku, obwoźny mleczarz zastrzelony przez nieznanych sprawców i tak co dzien.
A jednak zżycie musi się toczyć normalnie. Zainteresowanie i niesamowite ciepło spotykają nas ze strony Pakistańczyków na każdym kroku. Wszyscy chcą się przywitać, zapytać o imię, kraj, rodzeństwo. Kończy się to zwykle propozycja zaproszenia do domu.
Pakistan słynie z niesamowicie zdobionych pojazdów. Autobusy miejskie i podmiejskie bywają niezwykle kolorowe.
Quetta to miasto o szemranej reputacji. Wydaje się, że mieszkańcy powinni być nieufni wobec obcych. Faktycznie przypatrują się nam z uwagą. Często ich wzrok jest surowy i nieprzyjemy tylko do momentu nawiązania jakiejś bliższej relacji. Wtedy wszystko się zmienia.
Pakistan to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie większość ludzi wciąż nosi tradycyjny strój raczej niż ten narzucony przez kulturę zachodnią. Mężczyźni ubierają się w luźną kurtę-pidżamę. Białą lub w odcieniach beżu. Jeśli chcą być bardziej eleganccy narzucają na to kamizelkę.
Z Quetty do Lahore jedzie się kilkanaście godzin. Pod warunkiem, że nie utkniemy w korku. Jezeli na gorskiej drodze wytyczonej na wąskiej skalnej półce jedna z przeładowanych ciezarowek przewroci sie, co dzieje sie czesto, sytuacja zaczyna wygladac tak:
Ponieważ nie ma nikogo, kto sterowałby ruchem, do zakorkowanej doliny wjeżdżają ciągle nowe samochody. W naszym przypadku zaowocowało to spędzeniem połowy nocy w autobusie i jego okolicach. Pozwoliło nam to przyjrzeć się jak podróżują Pakistańczycy, co przewożą te niesamowite ciężarówki, kim są pasażerowie autobusów.