Panamá City to dwa miasta i dwa skanseny. Pierwszy jest historyczny: Casco Viejo z wąskimi ulicami, kościołami z kamienia i placami, na których handluje się od trzystu lat. Drugi jest współczesny — to skansen boomu gospodarczego. Do Panamy wybraliśmy się w listopadzie 2021 roku.
Wieżowce nad zatoką powstały w czasach, gdy Panama stała się centrum bankowym i handlowym regionu: strefa kanału, banki zagraniczne, drapacze chmur stawiane w latach 90. i 2000. Boom się skończył i miasto stanęło. Dziś wieżowce mają już swoje lata, z bliska nie robią wrażenia, a atmosfery Dubaju tu nie ma. Panama zaskakuje właśnie tym: widać, że rozwijała się szybko i dawno temu, a potem wszystko zatrzymało się w czasie.
Mieszkaliśmy w jednym z takich wieżowców i tam zobaczyliśmy, jak wygląda od środka. Przyzwyczajeni do podwójnych okien i grubych ścian w Polsce, mieliśmy wrażenie, że ten budynek ma ściany cienkie jak papier, a okiennice są metalowe i delikatne. Wystarczyło oprzeć się o otwarte okno, żeby poczuć, że wszystko zaraz się rozsypie.
Casco Viejo
Stare miasto powstało w 1673 roku, dwa lata po tym, jak Henry Morgan spalił pierwszą Panamę. Nowe miejsce wybrano tak, żeby łatwiej było je obronić — dlatego Casco leży na cyplu, otoczone wodą z trzech stron. Dziś jest na liście UNESCO i właśnie dlatego wygląda jak skansen: kamienice odnowione, place wysprzątane, wszystko idealne. Dwie, trzy ulice dalej zaczyna się prawdziwe miasto — biedne, zapuszczone, bez turystów. To zestawienie jest najbardziej panamskie: starówka jak z pocztówki i zupełnie inna rzeczywistość za rogiem.
Najciekawsze jest tu jednak zwykłe życie: stragany z owocami, sklepiki w parterach, ludzie, którzy wnoszą zakupy po schodach. Na targu banany leżą obok wagi, która pamięta lepsze czasy, a obok stoiska z owocami ktoś sprzedaje plastikowe miski.
Przy okazji wychodzi sprawa, która zaskakuje każdego: oficjalną walutą Panamy jest balboa, ale w praktyce ta waluta prawie nie istnieje. Banknoty są amerykańskie, a balboa występuje tylko w monetach — od centów po jedną balboa. Płaci się więc dolarami, a resztę często dostaje się w panamskich monetach, których wartość odpowiada centom USA.
Wieczorem wracaliśmy na dach, gdzie jest basen i leżaki, a za krawędzią stoją wieżowce. Po upale starego miasta to najlepsze miejsce, żeby zobaczyć, jak blisko siebie są te dwie Panamy.
Cerro Ancón
Cerro Ancón to wzgórze nad miastem, 199 metrów, z którego widać wszystko naraz: zatokę, kanał, stare miasto i pas wieżowców. Droga na górę prowadzi przez las, a na szczycie jest taras z flagą i kilka ławek w cieniu.
Z góry miasto wygląda znakomicie: wzgórza, wieżowce i morze w jednym kadrze. Z bliska ten widok się rozpada. Turkusowa woda, która z oddali wygląda jak raj, jest niedostępna — całe wybrzeże jest błotniste, porośnięte namorzyną, bez jednej plaży. To jedno z najbardziej rozczarowujących odkryć w Panamie: to morze trzeba oglądać z góry, bo z dołu nie ma czego zwiedzać.
Cinta Costera i wieżowce
Cinta Costera to pas ziemi odzyskany z morza: bulwar, palmy, ścieżka dla biegaczy i plaża, której nikt nie używa do kąpieli. Woda w zatoce jest płytka — przy odpływie odsłaniają się błotniste łachy, po których chodzą ptaki.
Ruch w Panamie jest intensywny, ale jazda po mieście nie była wyzwaniem — kultura jazdy wystarcza, żeby poruszać się bez stresu.
Ciekawostka, która nas zaskoczyła: w Panamie samochody nie mają przednich tablic rejestracyjnych. Na parkingu przez chwilę szukaliśmy naszej zgubionej tablicy, zanim ktoś wyjaśnił, że tak tu po prostu jest.
Przy odpływie widać nie tylko muł. Bywa, że brzeg jest nieprawdopodobnie zaśmiecony — żeby zrozumieć skalę tego problemu, trzeba zobaczyć tony plastiku i śmieci zebrane przy namorzynach.
Po kilku dniach w mieście polecieliśmy do San José. Wcześniej spędziliśmy cały dzień nad kanałem — Kanał Panamski. Cała podróż: Panama i Kostaryka.





























