Samolot z Panamy leci do San José nieco ponad godzinę. Za oknem widać najpierw wyspy i zatokę, potem zielone góry, a na końcu chmury, które w tej części kraju są codziennością. Pierwszy przystanek w Kostaryce: Irazú, najwyższy czynny wulkan kraju. Do Kostaryki wybraliśmy się w listopadzie 2021 roku.
Wulkan Irazú
Irazú ma 3432 metry. Ostatnia duża erupcja zaczęła się w marcu 1963 roku — w dniach, w których do Kostaryki przyleciał John F. Kennedy — i trwała dwa lata. Popiół zasypał Cartago i dotarł do San José. Dziś na górę prowadzi asfalt, a przy parkingach stoją budki z kawą i pamiątkami.
Krater Diego de la Haya ma jezioro, którego kolor zależy od poziomu wody i minerałów. Nam trafił się dzień z chmurami, które co chwilę zasłaniały taflę, więc kolor zmieniał się co kilka minut: raz szary, raz zielony, raz prawie biały.
Na górze jest zimno. Do krateru schodzi się po żwirze i skale, a nad głową wiszą tablice: strefa wpływu wulkanu, wysokie zagrożenie, zakaz schodzenia na dno. Wszystko wygląda poważnie do momentu, w którym słońce wychodzi zza chmur i okazuje się, że wokół rosną wielkie liście, a po ścieżce chodzą ptaki.
Zjazd z wulkanu to kilka kilometrów serpentyn i zmiana krajobrazu: z gołej skały w pastwiska, z zimna w upał. Po drodze mijamy jeszcze tablicę ostrzegawczą i zielone wzgórza, które wyglądają jak sklejone z kilku różnych krajobrazów.
San José
San José przywitało nas jako miasto, którego nie polubimy — i wiedzieliśmy to już przed przyjazdem. Nigdzie nie staliśmy w takich korkach: w tym mieście spędziliśmy w nich godziny, a ruch jest tragicznie niepłynny. Centrum jest prowincjonalne, bez wielkomiejskiego charakteru, z nielicznymi klimatycznymi pozostałościami kolonialnej przeszłości.
Wygląda trochę jak powiatowe miasto w Polsce w latach 90.: autobusy, kioski, betonowe schody i plakaty na słupach.
Na każdym kroku poznajemy uroki życia w środkowoamerykańskiej aglomeracji: druty kolczaste są wszędzie, a bezpieczeństwo to temat, o którym rozmawia się tu codziennie. Przyjeżdżając z bezpiecznej części świata, czujemy się w tym otoczeniu bardzo obco.
Kostaryka to nie miejsce na zwykłe miejskie przeżycia — tu przyroda kipi. Nawet w centrum zieleń wylewa się z każdego zakamarka nielicznych parków. Gdyby nie ludzie, dżungla pochłonęłaby te tereny błyskawicznie.
Kamienne kule to nawiązanie do przedkolumbijskich kul z Diquís. W San José stoją przed kilkoma budynkami państwowymi i są jednym z symboli kraju — oryginały można zobaczyć w Muzeum Narodowym.
Klasyczne widoki San José: niezbyt urokliwe, choć przynajmniej kolorowe.
Następnego ranka zobaczyliśmy inną twarz miasta: senne, leniwe przedmieścia, niską zabudowę, lokalne bary i brak jakiegokolwiek rozmachu. Po hałaśliwym centrum to była niemal wieś.
Dalej czekała kolejka linowa nad Braulio Carrillo. Cała podróż: Panama i Kostaryka.





























