Braulio Carrillo to park narodowy, który zaczyna się zaraz za San José i ciągnie przez zbocza wulkanów po atlantyckiej stronie. Nazwano go po XIX-wiecznym prezydencie, a droga do Limón przecina go w najwyższym punkcie. To las deszczowy w najczystszej postaci — dlatego zatrzymaliśmy się w połowie, żeby zobaczyć go z góry. Do Kostaryki wybraliśmy się w listopadzie 2021 roku.
Kolejka nad dżunglą
Gondola jedzie wolno i prawie bezgłośnie, więc po chwili słychać tylko ptaki i deszcz, który kroplami spada z liści. Kolejka jest stara i jej najlepsze lata — jak wielu rzeczy w tej części świata — dawno minęły. Ale to nie ma znaczenia: tu przyjeżdża się dla przyrody, nie dla cywilizacji. Las jest bujny, gęsty, mokry i żywy, a gondola to tylko sposób, żeby zobaczyć jego korony. Z góry widać pnącza i kwiaty, które rosną kilkanaście metrów nad głową, a ziemi prawie nie widać.
Szukamy z dziećmi leniwców, choć wiemy, że w gęstwinie wypatrzenie ich na własną rękę graniczy z cudem.
Największą atrakcją są ptaki. Przewodnik wypatrzył tukana, który siedział na gałęzi tak blisko, że widać było każdy szczegół dzioba. Tukan nie przejął się nami — przez chwilę pozował, a potem przeleciał w głąb lasu.
Na dole jest krótki szlak wśród helikonii i wielkich liści. To dobre miejsce, żeby zobaczyć, jak gęsty jest ten las: z ziemi nie widać nieba, a każdy krok to inna roślina.
Leniwca zobaczyliśmy na koniec. Sami nigdy byśmy go nie wypatrzyli — pomógł nam parkowy strażnik, który wskazał gałąź. To był nasz pierwszy leniwiec w tej podróży i chyba najbardziej emocjonujący moment dnia.
Droga do La Fortuna
Po południu ruszyliśmy dalej, w stronę La Fortuna. Droga schodzi z gór w dolinę, mija stragany z owocami i rzeki, które po deszczu zmieniają kolor na błotnisty. Jeden z takich postojów wystarczył, żeby zobaczyć, jak wygląda krajobraz po ulewie.
Do La Fortuna dojechaliśmy wieczorem, w deszczu. Następny dzień to La Fortuna i wulkan Arenal. Cała podróż: Panama i Kostaryka.















