Tel Awiw był jednym z przystanków zimowej podróży po Izraelu. Jechaliśmy z pięciomiesięczną córką i wynajętym autem. Chcieliśmy sprawdzić, jak bardzo Tel Awiw różni się od Jerozolimy, zajrzeć do kibucu, zobaczyć Negew i życie po drugiej stronie muru. Samo miasto okazało się mniej śródziemnomorskie, a bardziej bliskowschodnie: głośne, z graffiti na co drugiej ścianie i z architekturą, która miejscami błyszczy, a miejscami czeka na remont.
Tel Awiw widziany z Jafy to jedna długa ściana: plaża, bulwar, palmy i wieżowce ustawione w rzędzie. Morze w styczniu było wzburzone, w wodzie widać pojedynczych pływaków.
Pchli targ w Jafie zaczyna się od kawy. Drewniane stoły, czerwona latarnia i ludzie, którzy przyszli nie po zakupy, tylko posiedzieć. Miasto zaskoczyło nas lokalnym rytmem i graffiti na każdym kroku.
Mur przy targu pokryty graffiti. Zielony potwór sąsiaduje z karykaturą Trumpa i napisem „Make Jaffa Great Again”. Obok flaga USA i resztki plakatów.
Piekarz pracuje przy glinianym piecu tabun. Placek kładzie się na drewnianej łopacie i wsuwa w ogień; wraca po chwili, z bąblami na skórce.
Targ ciągnie się w stronę minaretu. Nazwa Shuk HaPishpeshim znaczy dosłownie „targ pcheł”; starociami i ubraniami handluje się tu od dziesięcioleci.
Wieża zegarowa na końcu ulicy Yefet. Budowę zaczęto w 1900 r., skończono trzy lata później, z okazji 25-lecia panowania sułtana Abdülhamida II. Składki zbierali mieszkańcy różnych wyznań.
Pranie suszy się nad ulicą, między kamienicami. W Polsce chodnik jest oczywistością, a w innych miastach Bliskiego Wschodu bywa luksusem. W Tel Awiwie z wózkiem dało się przejechać bez problemu, nawet wąskimi uliczkami.
Jafa za plecami, Tel Awiw w tle. Podróż z pięciomiesięczną córką miała własne tempo.
Beton, wysokie arkady, ażurowa korona nad dachem. Modernistyczne perełki w Tel Awiwie potrafią zachwycić, ale ich stan często pozostawia wiele do życzenia — nawet w zamożnym kraju.
Narożna kamienica z balkonami i żaluzjami. Tel Awiw nie jest wyłącznie biały: obok modernizmu stoją budynki eklektyczne z lat 20. i 30., z gzymsami i wykuszami.
Budynek z zaokrąglonymi balkonami i pionową klatką schodową. Miejscami można się poczuć jak na warszawskim Żoliborzu. Biel, proste okna i oszczędny detal.
Żółty wieżowiec z fantazyjnym zwieńczeniem. Postmodernizm w Tel Awiwie zestarzał się szybciej niż biały modernizm obok. Dziś ten budynek wygląda jak z innej epoki.
Owalne okno w kamiennej elewacji, w środku pomarańczowy graf i manekiny w okularach. Tel Awiw jest pełen małych i dużych przejawów sztuki ulicznej.
Zielona elewacja, rury, klimatyzatory i donice. Tak wyglądają zaplecza, których nie ma w przewodnikach: ludzie urządzają je własnym sumptem. Rower oparty o ścianę dopełnia obrazu.
Drzewo cytrusowe rośnie przy chodniku, między zaparkowanymi samochodami. Owoce leżą na kostce i nikt ich nie zbiera. W styczniu wyglądało to jak zapomniany sad.
Targ z ubraniami pod czerwoną plandeką. Wieszaki, torby, dziecięce rowerki i hulajnogi zaparkowane między straganami. Handluje się tu nie tylko starociami.
Mural „We Were All Once Refugees…” z fotografiami i portretami. Obok napisy po hebrajsku i angielsku; ściana wygląda jak jedna wielka wycinanka.
Kolorowe krzesła na skwerze. Kilka osób siedzi przy stolikach, reszta przechodzi skrótem przez jezdnię. Krzesła stoją na jezdni, więc ulica pełni tu dwie funkcje.
Na wyjazd z pięciomiesięczną córką zabraliśmy nosidło, kilka pieluch i wózek. Reszta rzeczy, które wydawały się niezbędne, została w domu — i dobrze.
Muzeum Tel Awiwu: betonowa bryła z 1971 r. i szklany hol. Przed wejściem stoją trzy stalowe kręgi, większe niż dorosły człowiek.
Kinetyczna fontanna na placu Dizengoffa, projekt Yaakova Agama z 1986 r. Woda tryska z okrągłej misy, ludzie siadają na krawędzi.
Jafa od strony plaży, przed zachodem słońca. Mur, minaret i zabudowa na wzgórzu odcinają się od nieba; woda jest spokojniejsza niż rano.
















































