Category

Zimbabwe

Wodospady Wiktorii

By | Zimbabwe | 4 komentarze

Wodospady Wiktorii na rzece Zambezi. Połowa leży po stronie Zambii, połowa po stronie Zimbabwe. Odwiedzamy je w porze deszczowej. Ma to swoje minusy wody w rzece i w wodospadach jest tak dużo, że buzuje i odbija się od skał tworząc gęstą mżawkę, częściowo zasłaniającą widok.

Sir Livingstone – legenda południowej Afryki, przemierzał busz, przemierzał, aż natknął się na nie. Musiał się nieźle zdziwić. Nie mógł się powstrzymać i nazwał je imieniem brytyjskiej królowej  😉

Wodospady tworzą się dzięki kolejnym gigantycznym rozpadlinom skalnym i zmieniają swoje położenie co kilkadziesiąt tysięcy lat.

Poznajecie? 😉

Mży tak intensywnie, że niebawem jesteśmy kompletnie przemoczeni. Aparat też. Ponaglamy poproszoną o zrobienie zdjęcia osobę w obawie przed zatopieniem sprzętu.

Wilgotność = dżungla

Przez Zambezi biegnie most. Po jednej stronie Zambia, po drugiej Zimbabwe.

Skoczylibyście tu sobie na bungie? Miejscowi opowiedzieli nam historię młodej Australijki, której podczas skoku zerwała się lina. Dziewczynie nic się nie stało – samodzielnie dopłynęła do brzegu. Zjawiła się ponoć na nazajutrz i oświadczyła obsłudze: „wisicie mi t-shirt i darmowy skok” 🙂

Jeszcze parę obrazków ze stolicy, którą odwiedziliśmy po drodze nad wodospady. Z Harare jedziemy nowym asfaltem, równolegle biegnie stara droga, dla oszczędności zrobiona tylko z dwóch pasów asfaltu na szerokość kół.

Mając w pamięci kryzys finansowo-zaopatrzeniowy i słynną hiperinflację spodziewamy się kraju upadłego i takiej też stolicy. Dziś jednak w Zimbabwe oficjalną walutą jest dolar amerykański, a stare banknoty sprzedaje się turystom jako pamiątki.

Harare jest całkiem nowoczesnym miastem.

W sklepach widać jeszcze czasem kłopoty z zaopatrzeniem i „rzuty” – zapychanie całego regału w supermarkecie np. olejem, bo akurat przyszła dostawa, ale raczej wszystko jest. Tu: mydło na metry, a właściwie na kilogramy 🙂

Sklep ze sztucznymi włosami do wyplatania warkoczyków.

Gospodarka dźwiga się po kryzysie – centrów handlowych dostatek.

Mana Pools

By | Zimbabwe | 19 komentarzy

Mana Pools w Zimbabwe to jeden z najbardziej dzikich parków Afryki. Słynie z tego, że można w nim wysiadać z auta i spacerować (na własne ryzyko). Dodatkową atrakcją jest to, że camping w parku nie jest ogrodzony i zwierzęta swobodnie go odwiedzają. Dlatego zabronione jest wwożenie świeżych owoców. Słoń skuszony zapachem np. cytrusów jest ponoć w stanie staranować samochód. Ukrywamy więc nasze mango i avocado w okolicy mostku przy bramie wjazdowej 😉

Jeszcze przed przekroczeniem granic parku pierwsze słonie przecinają nam drogę.

Syzyf wśród insektów – żuk gnojarz.

Drzewo kiełbasiane – jego nazwa pochodzi od kształtu owoców, które są przysmakiem słoni. Do tego wątku jeszcze wrócimy… 😉

Pochmurne niebo (wciąż jesteśmy w rejonie pory deszczowej) i przebijające się słońce dają niesamowite kolory. Sielanka jak z gazetki Świadków Jehowy. Do czasu… 😉

Kemping nad rzeką Zambezi jest po prostu polanką nad brzegiem. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo to oznacza, że w każdej chwili może podejść słoń, hipopotam, krokodyl czy lew, jak w przypadku mężczyzny zjedzonego w 2010 roku pod prysznicem.

Na początku zapowiadało się jednak idyllicznie…

Aż tu nagle, pod koniec wieczoru spędzonego na spokojnym przeglądaniu atlasu zwierząt, P. postanawia: „podświetlę sobie rzekę na chwilę”. Rzuca snop światła przez przednią szybę samochodu… Nie robiliśmy rzecz jasna zdjęć, ale specjalnie dla Was przygotowaliśmy fotomontaż -rekonstrukcję zdarzeń 😉

Słonie, wbrew temu, czego można by się spodziewać, poruszają się niesamowicie cicho. Gdybyśmy nie włączyli światła pewnie nie zauważylibyśmy jego obecności! Po skonsumowaniu owoców drzewa kiełbasianego (już wiemy pod czym nie parkować 😉 ) słoń jeszcze przytulił się do naszego samochodu składając lusterko i oddalił się ustępując pola pasącym się nocą hipopotamom.

Kolejny poranek, podczas którego spotykamy m.in. stadko lwic, wydaje nam się czystą sielanką 😉

Zaczęło jednak ostro padać. Z drzewa spada nam na auto malutki kameleon 🙂

Uciekamy więc dalej, jeszcze tylko kuriozalna kontrola, czy nie mamy w aucie muchy tse tse i opuszczamy Mana Pools. Wrócimy tu jeszcze kiedyś w porze suchej – wtedy koncentracja zwierząt wokół wysychającej rzeki – ostatnich zasobów wody w okolicy jest jeszcze większa 😉