Category

Meksyk

San Cristobal de las Casas

By | Meksyk | No Comments

Ze stolicy stanu Chiapas, Tuxtla Gutierrez do miasta San Cristobal de las Casas, które było naszym kolejnym celem, wiedzie niesamowita górska autostrada.  Na odcinku 50 km wspinamy się o prawie 2000 metrów w górę. Droga ta nie traci nawet na moment charakteru autostrady, więc wszyscy pędzą i wyprzedzają się ile wlezie i pod górę, i z góry.

Z upalnej dżungli na wybrzeżu z ulgą przenieśliśmy się do tego znacznie chłodniejszego, górskiego (2200 m n.p.m.) miasta. Choć chciałoby się napisać „miasteczka”, bo mimo iż San Cristobal de las Casas liczy blisko 160 tysięcy mieszkańców, jego niska, kolorowa zabudowa i wąskie brukowane uliczki sprawiają, że jest tu przytulnie i kameralnie.






Widzieliście gdzieś wyższe krawężniki? Tu musieliśmy się przerzucić z wózka na nosidełko.


Tym razem zamieszkaliśmy w jednej z typowych meksykańskich willi z pokojami ulokowanymi wokół wewnętrznego dziedzińca.




Dzień targowy. Przedstawicielki rdzennej ludności Tzotzil w tradycyjnych spódnicach z owczej wełny zjechały z okolicznych wiosek na zakupy…




… lub handlować swoimi wyrobami.


Dziecko w chuście, smartphone w ręce, znajomy widok? 😉


I tradycyjnie: przyjemny rynek, gdzie koncentruje się życie miasta. Tu można wypucować buty, a tam kupić pieczoną kukurydzę…



Tutejszy street food: orzechy macadamia, łuskane na życzenie oraz smażone banany.


A co powiecie na chayote z wody? To roślina bardzo popularna, choć średniej urody, raczej nieciekawego smaku i noszącą niezbyt urokliwą polską nazwę kolczoch jadalny…

Jeden z najważniejszych zabytków miasta, kościół Santo Domingo jest niesamowicie zdobny, jednak pierwsze wrażenie psuje otaczający go bazar.

Poprawia się ono nieco, gdy zauważamy, że można kupić wspaniałe, lokalnie, a często wręcz na miejscu wytwarzane rękodzieło: haftowane ubrania, torby, hamaki, zabawki… Całkowite przeciwieństwo produkowanych w Chinach pamiątek, które wciska się nam we wszystkich turystycznych miejscach na świecie. Trudno było się powstrzymać, kupiliśmy więc między innymi takie zabawki:

Z pewnym trudem odnaleźliśmy znajdujące na obrzeżach miasta muzeum tradycyjnej medycyny Majów. Niektóre przedstawione tu praktyki wydają się z naszego punktu widzenia ekscentryczne – na przykład rodząca kobieta „okadzana” jest żywą kurą… Za to piękną ideą, do której Europejczycy dojrzali zaledwie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkanaście lat temu, jest aktywne uczestnictwo męża w porodzie.


Mamooo, a skąd się biorą dzieci? 😉

Niektóre zioła czy specyfiki można kupić w tutejszej „aptece” i dzisiaj.

Jednym z charakterystycznych elementów miasta są sanktuaria na otaczających je wzgórzach.


Z San Cristobal wyskoczyliśmy na chwilę do miasteczka Chamula, zamieszkałego niemal wyłącznie przez ludność Tzotzil. Jego odrębność przypieczętowuje fakt, że posiadają oni nawet swoją własną policję.


Miejscowość słynie z bardzo ciekawego kościoła San Juan. Niestety nie można w nim robić zdjęć. Właściwie nie niestety, bo panowała tam tak niesamowita atmosfera, że grzechem byłoby rozpraszanie jej strzelaniem fot.  Nie ma tu ławek, wyłożoną kafelkami podłogę pokrywa gruba warstwa sosnowego igliwia, na którym klęczą wierni. Wokół poustawiane są gabloty z figurami świętych, wszędzie palą się świece…


Miejscowy cmentarz. Za ozdoby służą te same długie sosnowe igły, które wcześniej widzieliśmy w kościele.


Odwiedzenie lokalnego targowiska to zawsze doskonała okazja do obserwacji…


Oddalony o godzinę drogi Kanion Sumidero, może nie jest największy na świecie, ale jego sięgające 1200 metrów ściany robią absolutnie spektakularne wrażenie.

Większość ludzi bierze udział w rejsie rzeką Grijalva. Podobno na nabrzeżach można obserwować dzikie zwierzęta, w tym krokodyle.

Są to jednak małe, odkryte łodzie, trasa zajmuje ok. 3 godzin, nie zdecydowaliśmy więc na niego z dzieckiem, a zamiast tego przejechaliśmy trasę naznaczoną punktami widokowymi na krawędzi kanionu.


Nieodzownym elementem stroju każdego szanującego się mężczyzny, jest w tych okolicach kowbojski kapelusz (vaquero).


Mamy słabość do miejscowości stawiających pomniki owocom i warzywom 😉

Meksyk słynie ze spektakularnych zabytkowych kościołów. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie oddalili się od utartego turystycznego szlaku. Prowincjonalne kościółki na przedmieściach i w wioskach są skromne, ale mimo to ciekawe.

Krajobrazy stanu Chiapas.

A czym poruszamy się po Meksyku? Tym razem nie 4×4. Wynajęliśmy skromnego Nissana Versa który zaskakująco dobrze dał sobie radę, zarówno na licznych i długich górskich podjazdach, drogach wijących się na wysokościach ponad 3000 m n.p.m., jak i na morderczych progach zwalniających.

A na koniec, zobaczcie: taki pasażer na gapę spadł na nas z drzewa.

Teotihuacan

By | Meksyk

Pierwszym punktem na nasze trasie było starożytne miasto Teotihuacan, leżące ok. 50 kilometrów od Mexico City. Jego nazwa oznacza „miejsce, w którym ludzie stają się bogami”. Główną osią metropolii była Aleja Zmarłych zwieńczona Piramidą Księżyca.




Umiejscowiona pośrodku Piramida Słońca jest jedną z największych na świecie. Na jej szczyt można wspiąć się po 248 stromych schodach.
Warto, bo dopiero widok z góry pokazuje rozmach z jakim zbudowana była metropolia.




Jak widać nie jest to miejsce, które można zwiedzić z dzieckiem w wózku, ale z nosidełkiem już jak najbardziej 🙂



Ruiny miasta kryją w sobie wiele tajemnic, do tej pory nie jest jasne, kto je wybudował i dlaczego zostało opuszczone. Archeolodzy cały czas prowadzą tam badania, również przy użyciu zdalnie sterowanych robotów, które penetrują wąskie, często zablokowane gruzami korytarze piramid i odkrywają nowe komory. Jeden z nich został nazwany Tlaloc II na cześć boga deszczu. Więcej o jego pracy możecie zobaczyć tu:


Takie dedykowane opadom bóstwo z pewnością było przydatne, ponieważ miasto zostało założone na nieurodzajnej ziemi, którą i dziś porastają głównie kaktusy kolumnowe i opuncje.




Mieliśmy tu też okazję zobaczyć Voladores odtwarzających obrzęd religijny mający za zadanie zjednanie sobie bogów i zesłanie przez nich deszczu. Na czym on polega? Pięciu mężczyzn siedzi na 30 metrowym słupie, grając sobie na bębenku i flecie, po czym czterech z nich wykonuje skok jak na bungee, a następnie z liną przywiązaną do stóp wiruje wokół słupa. W sumie wykonują 52 obroty, tyle ile liczył wiek w prekolumbijskim kalendarzu. Następnie chwila na zebranie datków od turystów i wszystko zaczyna się od początku.

 

Mexico City

By | Meksyk

Podróż po Meksyku zaczęliśmy od stolicy. Na pobyt zarezerwowaliśmy kilka dni i okazało się, że to zdecydowanie za krótko! To miasto ma tak niesamowitą architekturę, klimat, mnogość knajpek, księgarni, galerii i wydarzeń kulturalnych, że można by przeczesywać je, ulica po ulicy, miesiącami…







Centrum Mexico City zbudowane jest na… jeziorze.Tu właśnie, na jednej z wysepek postanowili osiedlić się Aztekowie, rozwijając metropolię Tenochtitlan. Najazd konkwistadorów w 1521 r. przyniósł zrównanie jej z ziemią i zapoczątkował budowę nowego ośrodka miejskiego. Wyspa okazała się za ciasna, więc Hiszpanie osuszyli jezioro. Grunt pozostał grząski, dlatego Mexico City to miasto krzywych kościołów i kamienic. Zanim zorientujemy się, że cały budynek jest pochyły, towarzyszy nam bardzo niepokojące wrażenie, że coś tu nie gra. Błędnik wariuje.



Sercem niemal każdego meksykańskiego miasta jest plac – Zocalo, na którym koncentruje się życie towarzyskie i kulturalne. Mexico City to jedna z największych aglomeracji na świecie, licząca ok. 22 miliony mieszkańców – rynek jest więc proporcjonalny – ogromny!



Niektóre kadry mogłyby spokojnie ilustrować post od jakimś europejskim mieście, prawda? Mnóstwo okazałych budowli i kamienic – klasycystycznych, barokowych i w stylu art deco  z widocznymi lokalnymi wpływami.




Historyczne centrum miasta to siatka deptaków, nad którymi góruje mocno już dziś podstarzała architektonicznie Torre Latinoamericana. Wygląd to jedno, najważniejsze jednak, że jako jedna z pierwszych konstrukcji wznoszonych z myślą o odporności na trzęsienia ziemi, nawet podczas tych najsilniejszych nie uległa uszkodzeniom.

Ślady ostatniego trzęsienia ziemi (z 19 września 2017 roku) są jednak widoczne różnych punktach miasta.

Palacio de Bellas Artes centrum wydarzeń artystycznych, literackich, koncertów, wystaw, przedstawień operowych i teatralnych. Można tu obejrzeć murale najbardziej znanych meksykańskich malarzy. Sam budynek zachwyca spektakularnym wnętrzem i detalami w stylu art deco.





Sąsiaduje z nim budynek Poczty Głównej, z racji spektakularnej architektury zwany Pałacem Pocztowym.

W pobliżu znajduje się też, uważany za najwyższy na świecie, łuk triumfalny upamiętniający rewolucję meksykańską 1910 roku.

 


Casa de los Azulejos, pałacyk znajdujący się w centrum miasta, już z daleka przyciąga wzrok fasadą ozdobioną niebiesko-białymi płytkami.



Poszczególne dzielnice bardzo różnią się od siebie charakterem i architekturą. Znaleźć tu można zarówno dizajnerskie apartamentowce, osiedla bogato zdobionych willi z charakterystycznymi dla Meksyku wewnętrznymi dziedzińcami, jak i zbudowane najmniejszym możliwym kosztem mikrodomy na niekończących się przedmieściach. A między tym wszystkim, co krok, uliczna gastronomia (o jedzeniu musimy zrobić osobny wpis!), street art czy przydrożna kapliczka…










Jeden z symboli Mexico City – Anioł Niepodległości – na głównej ulicy Paseo de la Reforma.

Po mieście można wygodnie spacerować, są chodniki, przejścia dla pieszych, ławki i skwery, gdzie można odpocząć, jednak odległości są duże, dlatego korzystaliśmy z metra oraz z wypożyczonego samochodu. W metrze panuje ogromny ścisk, dlatego w godzinach szczytu kobiety i dzieci mogą korzystać z dedykowanych im wagonów. Autem jeździ się wygodnie, bo wszędzie są dostępne płatne parkingi, nie ma problemów z szukaniem wolnego miejsca na ulicy.


Jest też sporo parków i placów zabaw, chodniki w większości są przejezdne dla wózków – wszystko czego trzeba, żeby spędzać czas z dzieckiem 🙂 A sami Meksykanie widząc takiego malucha rozpływają się w czułościach i komplementach: „Que preciosa…”, „Que hermosa…”, „Guapita…”, „Bonita…” (wszystko oznacza mniej więcej to to samo – „śliczna…”).

Dziwicie się patrząc, że jesteśmy dość ciepło ubrane? Temperatury w Mexico City potrafią zaskoczyć. Teoretycznie miasto leży w strefie subtropikalnej, jednak jego wysokość nad poziomem morza – 2250 metrów sprawia, że noce, poranki i wieczory bywają bardzo chłodne.


Nie mogliśmy nie odwiedzić Niebieskiego Domu Fridy Khalo. Tu malarka mieszkała w dzieciństwie i pod koniec swojego życia.Oprócz pięknego ogrodu, można zobaczyć jej pracownię, prywatne pokoje w tym słynne łóżka z lustrami, z których korzystała malując autoportrety, a także kolekcję jej charakterystycznych strojów.




Na Dia de Muertos przygotowany był już świąteczny ołtarz upamiętniający malarkę (więcej o obchodach tego dnia w kolejnych wpisach).



Zwiedziliśmy również dom – studio w San Angel, gdzie przez kilka lat Frida mieszkała z mężem Diego Riverą.




Na prace Diego można trafić w wielu miejscach, m. in. w Palacio National, natomiast w dedykowanym mu muzeum znajduje się tylko jeden mural – „Sen o niedzielnym po południu w Parku Alameda”. Oryginalnie znajdował się w Hotelu del Prago, który uległ zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1985 roku. Dzieło Rivery ocalało i zostało przetransportowane właśnie do tego niewielkiego muzeum na obrzeżach parku, który przedstawia.



W tym mieście czuliśmy się jak w filmie, jakby cały czas podłożony był soundtrack! Kataryniarze, muzycy dorabiający graniem na ulicy, mariachi chodzący od knajpki do knajpki, koncerty, na co drugim placu, muzyka z głośników przed wejściami do sklepów, dudniąca z samochodów…

Ulice, knajpki, parki i galerie są pełne ludzi, życie w dużej mierze toczy się na zewnątrz… Najbardziej w Mexico City podobało nam się,  że jest tu tak żywo!