Mexico City

By 15 grudnia 2017Meksyk

Podróż po Meksyku zaczęliśmy od stolicy. Na pobyt zarezerwowaliśmy kilka dni i okazało się, że to zdecydowanie za krótko! To miasto ma tak niesamowitą architekturę, klimat, mnogość knajpek, księgarni, galerii i wydarzeń kulturalnych, że można by przeczesywać je, ulica po ulicy, miesiącami…







Centrum Mexico City zbudowane jest na… jeziorze.Tu właśnie, na jednej z wysepek postanowili osiedlić się Aztekowie, rozwijając metropolię Tenochtitlan. Najazd konkwistadorów w 1521 r. przyniósł zrównanie jej z ziemią i zapoczątkował budowę nowego ośrodka miejskiego. Wyspa okazała się za ciasna, więc Hiszpanie osuszyli jezioro. Grunt pozostał grząski, dlatego Mexico City to miasto krzywych kościołów i kamienic. Zanim zorientujemy się, że cały budynek jest pochyły, towarzyszy nam bardzo niepokojące wrażenie, że coś tu nie gra. Błędnik wariuje.



Sercem niemal każdego meksykańskiego miasta jest plac – Zocalo, na którym koncentruje się życie towarzyskie i kulturalne. Mexico City to jedna z największych aglomeracji na świecie, licząca ok. 22 miliony mieszkańców – rynek jest więc proporcjonalny – ogromny!



Niektóre kadry mogłyby spokojnie ilustrować post od jakimś europejskim mieście, prawda? Mnóstwo okazałych budowli i kamienic – klasycystycznych, barokowych i w stylu art deco  z widocznymi lokalnymi wpływami.




Historyczne centrum miasta to siatka deptaków, nad którymi góruje mocno już dziś podstarzała architektonicznie Torre Latinoamericana. Wygląd to jedno, najważniejsze jednak, że jako jedna z pierwszych konstrukcji wznoszonych z myślą o odporności na trzęsienia ziemi, nawet podczas tych najsilniejszych nie uległa uszkodzeniom.

Ślady ostatniego trzęsienia ziemi (z 19 września 2017 roku) są jednak widoczne różnych punktach miasta.

Palacio de Bellas Artes centrum wydarzeń artystycznych, literackich, koncertów, wystaw, przedstawień operowych i teatralnych. Można tu obejrzeć murale najbardziej znanych meksykańskich malarzy. Sam budynek zachwyca spektakularnym wnętrzem i detalami w stylu art deco.





Sąsiaduje z nim budynek Poczty Głównej, z racji spektakularnej architektury zwany Pałacem Pocztowym.

W pobliżu znajduje się też, uważany za najwyższy na świecie, łuk triumfalny upamiętniający rewolucję meksykańską 1910 roku.

 


Casa de los Azulejos, pałacyk znajdujący się w centrum miasta, już z daleka przyciąga wzrok fasadą ozdobioną niebiesko-białymi płytkami.



Poszczególne dzielnice bardzo różnią się od siebie charakterem i architekturą. Znaleźć tu można zarówno dizajnerskie apartamentowce, osiedla bogato zdobionych willi z charakterystycznymi dla Meksyku wewnętrznymi dziedzińcami, jak i zbudowane najmniejszym możliwym kosztem mikrodomy na niekończących się przedmieściach. A między tym wszystkim, co krok, uliczna gastronomia (o jedzeniu musimy zrobić osobny wpis!), street art czy przydrożna kapliczka…










Jeden z symboli Mexico City – Anioł Niepodległości – na głównej ulicy Paseo de la Reforma.

Po mieście można wygodnie spacerować, są chodniki, przejścia dla pieszych, ławki i skwery, gdzie można odpocząć, jednak odległości są duże, dlatego korzystaliśmy z metra oraz z wypożyczonego samochodu. W metrze panuje ogromny ścisk, dlatego w godzinach szczytu kobiety i dzieci mogą korzystać z dedykowanych im wagonów. Autem jeździ się wygodnie, bo wszędzie są dostępne płatne parkingi, nie ma problemów z szukaniem wolnego miejsca na ulicy.


Jest też sporo parków i placów zabaw, chodniki w większości są przejezdne dla wózków – wszystko czego trzeba, żeby spędzać czas z dzieckiem 🙂 A sami Meksykanie widząc takiego malucha rozpływają się w czułościach i komplementach: „Que preciosa…”, „Que hermosa…”, „Guapita…”, „Bonita…” (wszystko oznacza mniej więcej to to samo – „śliczna…”).

Dziwicie się patrząc, że jesteśmy dość ciepło ubrane? Temperatury w Mexico City potrafią zaskoczyć. Teoretycznie miasto leży w strefie subtropikalnej, jednak jego wysokość nad poziomem morza – 2250 metrów sprawia, że noce, poranki i wieczory bywają bardzo chłodne.


Nie mogliśmy nie odwiedzić Niebieskiego Domu Fridy Khalo. Tu malarka mieszkała w dzieciństwie i pod koniec swojego życia.Oprócz pięknego ogrodu, można zobaczyć jej pracownię, prywatne pokoje w tym słynne łóżka z lustrami, z których korzystała malując autoportrety, a także kolekcję jej charakterystycznych strojów.




Na Dia de Muertos przygotowany był już świąteczny ołtarz upamiętniający malarkę (więcej o obchodach tego dnia w kolejnych wpisach).



Zwiedziliśmy również dom – studio w San Angel, gdzie przez kilka lat Frida mieszkała z mężem Diego Riverą.




Na prace Diego można trafić w wielu miejscach, m. in. w Palacio National, natomiast w dedykowanym mu muzeum znajduje się tylko jeden mural – „Sen o niedzielnym po południu w Parku Alameda”. Oryginalnie znajdował się w Hotelu del Prago, który uległ zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1985 roku. Dzieło Rivery ocalało i zostało przetransportowane właśnie do tego niewielkiego muzeum na obrzeżach parku, który przedstawia.



W tym mieście czuliśmy się jak w filmie, jakby cały czas podłożony był soundtrack! Kataryniarze, muzycy dorabiający graniem na ulicy, mariachi chodzący od knajpki do knajpki, koncerty, na co drugim placu, muzyka z głośników przed wejściami do sklepów, dudniąca z samochodów…

Ulice, knajpki, parki i galerie są pełne ludzi, życie w dużej mierze toczy się na zewnątrz… Najbardziej w Mexico City podobało nam się,  że jest tu tak żywo!